Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

12 października 2017

XII. You promised me this is love, so stay and watch the hospital


            Stałam na środku chodnika z czerwoną smyczą w ręce i dmuchało na mnie potwornie. Zerwał się wiatr tak silny, że otrzepał gałązki drzew z pozostałych na nim liści. Wielokolorowe, bezwiednie trafiły na suchy asfalt. Prawie tak samo jak mój szalik, który zsunął mi się z szyi na ramię i jednym końcem dotykał ziemi, bo oplotłam się nim zbyt luźno.

– Wracaj! – krzyknęłam, bo Klawisz zdążył skręcić w jakąś boczną alejkę, przez co kompletnie zniknął mi z oczu. Całe szczęście wystarczyło, jak zazwyczaj, zaledwie jedno wezwanie, a ogromny, brązowy futrzak migiem znajdował się w zasięgu mojego wzroku, biegnąc w oszalałym tempie. Skoczył na mnie, brudząc jasne spodnie grudkami wilgotnej ziemi, które przenosił na spodach łap.

Był drugi tydzień września, który w tym roku przybrał na siebie maskę ostrego października. Od tych samych dwóch tygodni powinnam była siedzieć już przy ławce w Yosen, a tymczasem przekonałam rodziców, by o ten czas wydłużyć sobie wakacje i zostać w domu.

Poza tym, w grę zaczął wchodzić powrót się do mojego starego liceum i pozostanie w Ameryce. W zasadzie w momencie, w którym Tatsuya opuścił Akitę na rzecz studiów w Tokio, cel mojego wyjazdu prysnął jak bańka – przynajmniej w mniemaniu moich rodzicieli. Co prawda zdawali sobie sprawę, że zawarłam tam także nowe znajomości, uczyłam się samodzielności i aspektów dorosłego życia, poznawałam kulturę skrajnie odmiennego kraju, żyjąc jednak w świętym przekonaniu, że Himuro był powodem rzędu najwyższego. Tymczasem z mojej perspektywy zaczęło wyglądać to wprost proporcjonalnie odwrotnie.

No okej, może nie aż tak.

Jednak z jakiegoś powodu Tatsuya przestał skupiać na sobie moją absolutną uwagę, a zapoczątkowanie tego procesu uplasowałabym już dobre dwa lata temu. Z nagromadzenia nie do końca znanych mi przyczyn, przestał być kimś bezwzględnie najważniejszym, co przez resztę życia tylko się wzmagało. Było to całkiem nieoczekiwanym zwrotem akcji, ale przy tym o wiele dla mnie zdrowszym. Na tę chwilę większy rodzaj powinności czułam wobec Murasakibary, w związku z tym, że gdyby nie ja, nie zostałby mu nikt, kto trzymałby go w ryzach i pilnował jego obecności na treningach ani jakiejkolwiek mobilizacji do nauki. Dodatkowo od momentu wyjazdu, czułam nieodpartą chęć odwiedzania Tokio, bo zwyczajnie stęskniłam się za świergoczącą Eriko, a nawet za wiecznie niezadowolonym Taigą. Rozmowa jakimś trafem ciągnęła nam się od momentu, w którym zapytał mnie o przebieg podróży do domu. Nigdy nie zaczynała się od powitania, a jedynie ciągnęła bezustannie na skończony poprzednio temat i miałam wrażenie, że jej podtrzymywanie było nieświadomie moją sprawką. Tematy jednak były całkowicie błahe, tak jak w aktualnym przypadku, w którym stanęło na rozwaleniu przez Kagamiego śmietnika na hali sportowej jego szkoły.

Ponadto jeszcze bardziej przekonywał mnie fakt, że mogłam zabrać Klawisza. Doszłam do porozumienia z rodzicami i wspólnie stwierdzili, że przyda mi się bardziej w czasie, w którym nie będzie obok mnie Tatsuyi. Komentarz puściłam mimo uszu, wdzięczna zwyczajnie za jego skuteczność. Bo poza tym, pogląd na naszą przyjaźń, która w ich mniemaniu w pewnym momencie naszego życia miała ewoluować w coś większego, stawała się coraz bardziej uciążliwa. Faktem było, że znaliśmy się całymi rodzinami niemal od poszewki, dorastaliśmy wspólnie i wiedzieliśmy o sobie dosłowne wszystko. Za wzajemne wyciąganie z bagna przełomowych tragedii powinno się odznaczyć go medalem, o czym pamiętałam i byłam mu dłużna do dzisiaj, jednak w aktualnej rzeczywistości im dalej było w las, tym bardziej przekonywałam się, że nie taką przyszłość gotuje nam los.

Co prawda, było to na swój sposób kłujące, choć nie tak samo jak kiedyś. Jeszcze kilka lat temu kwiczałabym samotnie w pokoju, gdyby cokolwiek doprowadziło do podobnej sytuacji, o ile w ogóle zdołałoby, bo uczepieni byliśmy siebie porównywalnie do rzepu. Stanowiliśmy kolektyw – bezapelacyjny, nieodłączny element swojego życia i byłam święcie przekonana, że tak będzie już zawsze, bo tego rodzaju relacje nie można wpisać w żaden bardziej obiecujący schemat niż rangę przeznaczenia. Nie w przypadku, kiedy w jednej osobie miało się zarazem bliskiego przyjaciela rodziny, jak i dodatkowego starszego brata, którym sam się kiedyś nazwał.

Tak było jednak tylko do pewnego momentu, a ja niczego jeszcze długo tego nie dostrzegłam. Tkwiłam w tym, nieświadoma że obraz, który wyidealizowałam, wyrył się w ten sposób jedynie w mojej głowie.

I wbrew pozorom zapalnikiem, który odwiódł mnie od snutych marzeń było to, czego chciałam najbardziej. W letni, ciepły wieczór, kiedy siedzieliśmy w parku, odizolowanym od dzielnic gęsto posadzonymi czeremchami, a przed nami rosło dziko pole rumianków. Chwilę wcześniej zeszliśmy z boiska, z meczu z dzieciakami, który wygrał. Byłam wszystkim zbyt odurzona, a on sam zrobił to chyba po to, by spełnić moje oczekiwania i nie odtrącić nazbyt banalnym nie. Pocałował mnie nie do końca jak zabawkę, ale raczej jak swoją własność. Niematerialną, aczkolwiek na tyle mu oddaną, że w pewnym sensie poddaną jego kontroli. Poczułam się przywłaszczona przez jego wolę, którą dopasował pod moją, a ja odebrałam to za znak, że nie chce niczego innego, jak tylko utrzymać mnie przy sobie w stanie, w jakim aktualnie się znajdowaliśmy. Czego innego poświadczeniem miał być ten krótki, zaledwie przelotny akt, smakujący owocową oranżadą, którą spijaliśmy wspólnie z jednej puszki i nic więcej wówczas? Nic więcej potem, nic więcej już nigdy.

Tym samym, zamiast cieszyć się jak głupia, przepłakiwałam każdą kolejną noc przez co najmniej kwartał, praktycznie ich nie przesypiając i rozkładając ten zawód na części pierwsze. Moje oczekiwania gniły, mętne i niezdolne do tego, by zupełnie zniknąć. Z czasem zaczęłam uczyć się go nienawidzić, i tu z kolei przerażała mnie ulotność własnych uczuć – szybkość, z jaką chciałam wyrzec się człowieka, na którym zależało mi najbardziej. Sęk w tym, że ciężko było mi odbudować jego obraz, a ja dodatkowo zaczęłam się gubić – gubić we własnej głowie. Gorzkniałam w środku, wracając do punktu wyjścia, z którego wygrzebałam się nim samym i tym gorączkowym uczuciem. Przestałam przychodzić na boisko, odmawiałam wyjść, wpadania na gościnę dom obok i zaszywałam się w pokoju, skupiając na grze.

Z czasem moje emocje zaczęły cichnąć. Przywykałam do nowego stanu rzeczy, choć kwestie sentymentu i pewnego rodzaju słabości naturalnie zostały. Nie wiedziałam nawet kiedy przytłumiłam je na tyle, by nie słyszeć ich na co dzień. Nasze relacje zmieniły się niemal zupełnie – choć podejrzewałam, że znowu tylko z mojej strony – ale wróciłam. Przestałam przed nim uciekać, bo nie czułam takiej potrzeby. Uczucia zelżały i przestały mnie przytłaczać, a mi tym samym udało się odczuć samoistnie reperującą się relację. W efekcie końcowym po kilku miesiącach udało mu się mnie nawet zaciągnąć do Japonii.

Być może to dlatego, że tam skupiałam się w stu procentach na sobie, bo wyłącznie na siebie byłam zdana. Bałam się, że w przypadku mojego powrotu, wszystko miało prysnąć jak bańka. Sama nie czułam się koniecznie potrzebna w tym miejscu, jakoby moja nieobecność miałaby na coś wpłynąć. Phoebe dopinała wszystko na ostatni guzik nawet lepiej ode mnie, a Chloë miała nadzwyczajny urok osobisty i dar prowadzenia rozmów, dzięki którym radziła sobie niemal we wszystkim. W zestawieniu z nimi, Murasakibara prezentował się opłakanie. Jedynie rodziców było mi naprawdę szkoda, bo zerwałam się ze łańcucha szybciej niż to było konieczne.

Możliwe, że podświadomie potrzebowałam przełomowej zmiany, bo monotonia schematu życia mogłaby z łatwością mnie przygnieść. Wszystko w domu wydawało mi się na chwilę obecną zbyt bardzo poukładane, oczywiste i przejrzyste – nie tego chciałam. Monotonia zawsze w którymś momencie przyciągała za sobą znudzenie, a rutyna stawała się nie do zniesienia. A ja nie chciałam, bo wiedziałam, co byłoby następstwem. Nie chciałam, żeby to wszystko wróciło. A tak z pewnością by było.

– Obiad już jest, Mia – usłyszałam niski bas Matt’a, kiedy podeszłam do drzwi wejściowych i czyściłam buty o wycieraczkę. Rękę miałam zawieszoną w powietrzu na wysokości klamki, którą właśnie chciałam nacisnąć.

– Już lecę – zsunęłam szybko buty i zawiesiłam płaszcz na haczyku, po czym wparowałam do łazienki, żeby umyć dłonie. Klawisz kręcił mi się między nogami, po tym jak zrobił kilka chaotycznych kółek na podwórku i błyskawicznie wpadł do domu. Momentalnie znalazłam się przy stole, kiedy wszyscy zajadali się już pieczonym kurczakiem faszerowanym jabłkami. Woń zdążyła przyjemnie rozejść się po całym domu.

– Siadaj, dziecko, bo ci wystygnie – pośpieszyła mnie mama. Odgarnęła wystający kosmyk, wszczepiając go w strukturę idealnie ułożonych, grubych pasm loków w kolorze platyny i poprawiła dużego, plastikowego klipsa na uchu. Zawsze je nosiła, bo uwielbiała ten rodzaj biżuterii. Na tyle, żeby przez pięćdziesiąt cztery lata nie poczuć potrzeby przekłucia płatków i nosić w ich miejscu kolczyki.

Tata zmierzył mnie wzorkiem, a potem powiódł karcącym wzorkiem na Matt’a, którego ruch ręki przemycał kawałek mięsa skomlącemu pod wolnym krzesłem psu. Uśmiechnął się z premedytacją, odsłaniając całkowicie swoje zęby. Poprawił się na siedzeniu, a mięśnie wypchały kompletnie granatowe varsity, które miał na sobie.

– Spakowana? – zapytał kontrolnie, przenosząc swoją uwagę na mnie.

– Tak – zapychałam buzię frytkiem, by nie musieć zbyt wiele tłumaczyć, ile jeszcze rzeczy czekało w różnych częściach domu na ich spakowanie. – W większości.

– Jeśli czegoś zapomni, to przyjdzie jeszcze raz – zaszczebiotała mama. Jej akurat było to na rękę. Tata zachowywał jeszcze zdrowy rozsądek względem wydatków finansowych i kwestii samej podróży. Matka z kolei zachowywała się, jak gdyby obie te sprawy nie były w zasadzie niczym kłopotliwym.

– Dam sobie radę. Połowę rzeczy mam na miejscu.

– Mam ją zawieźć? – zapytał Matt orientacyjnie. Wiedziałam, że nie ma na to czasu, a sam fakt, że wygospodarował tydzień w ciągu roku, by się przywitać i posiedzieć tu ze mną, graniczył z cudem.

– Nie, ja to zrobię – odpowiedział mu ojciec. – Mam jutro wolne.

Matt kiwnął głową przytakująco w odpowiedzi i zapchał sobie usta kolejnym kęsem. Z jego talerza zniknęła już ponad połowa. I swoim pośpiechem i sposobem, w jaki wspierał się łokciem o stół podczas jedzenia, przywiódł mi na myśl Taigę. Nawet ubrania wyglądały na nich śmiesznie podobnie.

– Więc jedziesz najpierw do Tokio? – upewniał się w dalszym ciągu ojciec.

– Tak. Przenocuję u Tatsuyi do końca tygodnia. Pomogę mu przywołać mieszkanie do porządku.

Z oficjalnych informacji wynikało, że jest w surowym stanie po świeżym remoncie, a na rozpakowanie wszystkich pudeł jeden wolny weekend to dla samego niego z pewnością za mało. Świadomość urządzania mu domu i dobierania nawet najdrobniejszych elementów wystroju przyprawiała mnie o lepszy nastrój na samą myśl. Uwielbiałam tego typu zadania.

– Albo  może narobić jeszcze większego bałaganu po tak długiej rozłące? – Matt podparł się ramieniem o krzesło i puścił mi sugestywne oczko. Przeżuwając jedzenie z otwartą buzią, uśmiechał się promiennie i świdrował mnie wzrokiem, wyraźnie zadowolony z tekstu, jaki udało mu się szybko skleić i rzucić w moją stronę. Zawsze spisywał się w tej kwestii bezbłędnie.

– Ugryzłbyś się przy nas w język – zwrócił mu uwagę ojciec. Mama kręciła głową, a ja z niedowierzaniem i podniesionymi brwiami wysunęłam środkowy palec z ręki, w której trzymałam widelec.

– Tylko wróć w poniedziałek do szkoły, Mia – pouczyła mnie rodzicielka, by nie rozgrzebać poruszonego tematu. – Nie rób sobie większych zaległości.

– Wiem – odparłam, kiedy poczułam wibracje. Wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni jeansów i położyłam go na stole, odczytując treść sms’a. – Pójdę na pewno, mamo.

 

 

Chloë, 16:38

Wbijaj o siódmej.

 

 

***

 

– Wiedziałam, że tak będzie – westchnęła nagle Chloë, opierając twarz o dłoń i wpatrując się znudzona w ekran wyświetlacza.

– Co jest?

– Ian jest z Kath – poinformowała nas. Przewinęła palcem jest kilkukrotnie w dół, po czym machnęła ręką i wyczuwając brak zainteresowania, dodała. – Nieważne.

Phoebe patrzyła ciągle przed siebie, wyraźnie zamyślona i niewytrącona z tego transu od kilku sekund. Po jej jasnobłękitnych, zeszklonych oczach widziałam, że była już senna, a świadomość odległości do własnego łóżka tylko wzmagała zmęczenie. Siedziałyśmy na dachu jej jednorodzinnego domu, dokładnie nad jej pokojem, który znajdował się na poddaszu. Przesiadywałyśmy tu niemal każdy wieczór, chyba tylko poza zimowymi.

– Nie chcę mi się jechać – wtrąciłam, zmieniając temat, który nie interesował mnie, a z całą pewnością jeszcze bardziej mojej drugiej przyjaciółki.

– Nikt ci nie każe – usłyszałam momentalnie w odpowiedzi.

Westchnęłam w odpowiedzi głośno i ostentacyjnie. Celowo, bo jej opryskliwość zaczęła robić się coraz bardziej uciążliwa i nie pomagała mi w niczym, a jedynie przysparzała wątpliwości, których nie chciałam. Chloë zwyczajnie mściła się od ponad miesiąca za potwierdzony fakt wyjazdu do Japonii na kolejny rok. Była święcie przekonana, że po tych wakacjach wrócę do szkoły, a przede wszystkim – do nich. W pewnym sensie wcale jej się nie dziwiłam, bo miałam wrażenie, że robię im totalne świństwo.

– Mam na myśli samą podróż – wytłumaczyłam, akcentując słowa klucze i patrząc na nią perfidnie.

– A mi się wydaje, że specjalnie stąd zwiewasz. Że dalej uciekasz – kąsała. Czułam, że jeśli odbędziemy jeszcze kilka podobnych rozmów, to na koniec którejś zwyczajnie się ze sobą pokłócimy. Tym bardziej, że posunęła się do poruszenia nawet tego jednego tematu.

– Jedziesz do Himuro – wtrąciła Phoebe. – Chyba nie będzie tak źle.

– Nie będzie – potwierdziłam. – Ale to nie zmienia faktu, że nie chce mi się zbierać i latać tyle z walizkami.

– Albo to właśnie chodzi o niego – zasugerowała cicho Chloë, mówiąc jakby do siebie.

– Daj spokój – mruknęłam.

– Patrząc na to, że spędziliście rok w jednym mieszkaniu to nawet ma sens – zaczęła gdybać, patrząc w niebo. Szlag, nawet ja nie pomyślałam, jak to wyglądało i brzmiało w cudzych ustach.

– Tatsuya będzie trzysta kilometrów ode mnie. To nawet jako wymówka brzmi słabo.

– A to, że robisz dla niego osiem tysięcy to już nic, tak?

Phoebe prychnęła pod nosem, wyraźnie się śmiejąc, co tylko popchnęło i mnie, żeby nie kryć niechcianego uśmiechu. Chloë zawsze podpuszczała ludzi, by sama wybadać, jaka jest prawda. Phoebe wystarczyłoby do tego zaledwie jedno moje spojrzenie albo grymas twarzy przy udzielanej odpowiedzi, a jej – kilkadziesiąt bezpośrednich, niewygodnych pytań.

– Zamknij się – palnęłam podśmiechując, co tylko odejmowało mi wiarygodności. – Przecież powiedziałabym wam, gdyby coś było na rzeczy.

Towarzyszka z gęstą, bordową grzywą ściętą jak od linijki napuszyła się i wydała z siebie specjalny odgłos niezadowolenia. Jej pełne usta, teraz jak i zazwyczaj podkreślone ciemnymi pomadkami, wygięły się w podkówkę.

– Po prostu gdybam. A ta ewentualność wydaje mi się być całkiem przekonująca – uniosła brew sugestywnie i uśmiechnęła się cwanie.

– Daj już spokój, Chloë – wtrąciła Phoebe, odrywając piąstki od twarzy, o które podpierała głowę. Uwielbiałam ją w dużej mierze za to, że zazwyczaj obstawiała moją stronę. Była otrzeźwiającym kubłem zimnej wody dla porywczości Chloë, a niekiedy nawet i dla mnie. Rzucała swoje dwa słowa, a ich odbiorca momentalnie poddawał je analizie.

Na Chloë te sztuczki działały jeszcze bardziej niż moje kiedykolwiek, choć trzymałyśmy się w zasadzie całe życie. Phoebe poznałyśmy zaledwie cztery lata temu, kiedy przeprowadziła się z Abbyville w Kansas i zapisała do naszej szkoły. To Chloë podbiegła do nowej na wf’ie, a ta potem dołączyła do naszego kolektywu.

– Niby dlaczego? Chcę wyciągnąć z niej wszystko, co mogę, zanim znowu zniknie na rok i będę wlepiać oczy w tę buźkę jedynie przez wyświetlacz telefonu.

Jęknęłam przeciągle, kładąc się na plecach.

– Po prostu przyjedź – powiedziałam w końcu do nieprzekonanej, nie zastanawiając się długo nad tym pomysłem. – Wybierzcie sobie jakiś tydzień i mnie odwiedźcie. Skontrolujesz to osobiście.

Czułam, że wyprostowała się z wrażenia. Z zamkniętymi oczami, w głowie miałam obraz jej zdziwionej twarzy i rozszerzonych, czekoladowych oczu.

– Żartujesz?

– Nie, czemu?

– Jestem za – przerwała Phoebe. – Powinnyśmy w sumie zrobić to rok temu.

– Właśnie – potwierdziłam.

Nastąpiła chwilowa cisza. Milczenie, podczas którego jedna z nas szykowała decydującą odpowiedź.

– Fundujesz mi całą wyprawę – zaczęła Chloë. Warknęłam w jej stronę z bezsilności, uśmiechając się przy tym do siebie. Wiedziałam, że to dobre rozwiązanie, a na samą myśl o ich przyjeździe poczułam narastające podekscytowanie w okolicach podbrzusza.

– Zamknij się wreszcie i zgódź – odpowiedziałam jej, deklarując – wytrzymasz jeszcze ten rok. Potem już wrócę, na bank. Obiecuję.

 

4 października 2017

XI. When all the walls have tendencies

Klapnąłem na kanapie do odpalonego od kilku godzin telewizora, sprowokowany dopiero przez dziennikarza zapowiadającego mecz. Jeszcze chwilę temu zdążyłem schować do lodówki porcję na jutrzejszy obiad, a trzydzieści minut wcześniej zaledwie zwlec się z łóżka po kilkugodzinnej drzemce i wcześniejszym treningu. Riko zdecydowanie uwzięła się na nas z niewiadomych przyczyn przez ostatnie dni i ciągle wyciągała nas na ćwiczenia na zewnątrz. Cuchnąłem, bo nie zdążyłem wejść po prysznic, a jedynie pozbyć się koszulki, choć to w zasadzie niewiele zmieniało.
Rozłożyłem się wygodnie w idealnej synchronizacji z powtórzonym trzykrotnie dzwonkiem do drzwi. Niekontrolowanie napięły mi się mięśnie i odruchowo zerknąłem na zegarek. Były może dwie minuty po północy. Nie tylko nie spodziewałbym się nikogo o tej porze, ale także najmniej oczekiwał, mimo że na zmęczenie aktualnie nie mogłem narzekać. Wstałem, odrzucając pilot w poduszki i zorientowałem się w porę, żeby zahaczyć o szafkę w swoim pokoju i wziąć z niej czystą koszulkę. Westchnąłem jeszcze, zanim nacisnąłem klamkę.
Za drzwiami czekały trzy pudełka z wymalowanymi na czerwono emblematami tutejszej, niedalekiej pizzerii, ułożone równo na drobnych, kobiecych dłoniach. Brodą przytrzymywała całą tę konstrukcję od góry, a pojedyncze kosmki nieokiełzanych, sterczących jasnych pukli okalały jej zmęczoną i lekko zaczerwienioną twarz.
– Masz chwilę, no nie? – zapytała przytłumionym głosem, skupiona na swojej czynności.
– O tej porze ludzie kładą się spać, o ile już tego nie robią – oświadczyłem jej, jakoby nie zdawała sobie z tego sprawy. W zasadzie istniało takie prawdopodobieństwo. Nie raz zaskoczyła mnie czymś, co dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom społeczności wydaje się oczywiste, a dla niej – widocznie nie.
– Ale ty akurat nie śpisz, więc świetnie się składa – dopowiedziała sobie szybko pod nosem i wparowała do środka, zmuszając mnie do przesunięcia się pod ścianę przedpokoju.
– Co to jest, Mia? – upomniałem ją pytaniem.
– Nie zadawaj głupich pytań. Doskonale wiesz, co jest w środku.
Ciśnienie mi skoczyło. Co głupiego w tym widziała? Oczywiście, że doskonale zdawałem sobie sprawę, co właśnie przyniosła, ale pytanie obejmowało większy zakres informacji, które chciałem uzyskać, na czele z tym, co tutaj robiła. Każdy domyśliłby się, że oczekiwałem wyjaśnień. Pakowała się w końcu do mojego mieszkania w środku nocy. Czy do wszystkich swoich znajomych wpadała z takimi niespodziewanymi wizytami o tej porze? Miałem jej to powiedzieć, kiedy w tym samym momencie zahaczyła rogiem pudełka o ścianę.
– Przeniosę je – odparłem twierdząco i zanim postawiła jakikolwiek krok, objąłem pudełka, chcąc je od niej przejąć, nawet siłą. Zupełnie niecelowo natknąłem się na jej dłonie, które rozpostarła na szerokość całego spodu. Nie uciekła przed dotykiem, choć wyczułem, że mimowolnie zadrżała, na moment łapiąc moje spojrzenie.
– Dam radę – wyrzuciła szybko, maszerując przed siebie. Ściągnęła buty bez użycia rąk, rzucając nimi z rozmachu o ścianę i poczłapała dalej. Cały czas w lekkim spięciu obserwowałem jej ruchy, by w każdej chwili do niej doskoczyć i asekurować pudełka pizzy. Jednak w całkiem zgrabnych ruchach dotarła metr od balkonu, po czym rozłożyła się na podłodze. Podparta o ręce, kucnęła i zsunęła najmniejszy karton, który zostawiła tuż przy sobie, dwa większe przysuwając w moją stronę.
– Smacznego, Taiga – odparła, przyglądając mi się z wdzięcznym uśmiechem i czekając na moją reakcję.
Świat oszalał. Czy miałem jeszcze jakieś szanse dowiedzieć się, o co chodziło?
– Mia, chciałbym najpierw...
– Oj, siadaj i jedz! – przerwała mnie i ponagliła mnie, uchylając wieczko swojego kartonu, jak gdyby sugerując mi to, co i ja powinienem zrobić. Na jej cieście dostrzegłem kawałki szynki, mozarelli i ananasa. – Miałam ochotę zjeść z kimś kolację. Tyle – wyjaśniła krótko.
– A ta twoja… koleżanka?
Oderwała kawałek mięsa od rozciągającego się sera i pomachała nim sugestywnie.
– Wyłupałaby mi za to oczy. A potem płakała nade mną i martwym zwierzęciem.
Cholera, nie mogła zrobić tego wcześniej? Przestały zaskakiwać mnie jej niezapowiedziane wizyty, ale nie sądziłem, że zaskoczy mnie porą. Co następne? Przyjdzie o piątej rano czy przyprowadzi kogoś ze sobą?
– Nie wiem jakie lubisz, ale mam nadzieję, że ci podpasuje – zaczęła, grzebiąc w swoim plecaku, który dopiero ściągnęła z łopatek, kiedy przysiadłem naprzeciwko niej.
– To bez znaczenia – mruknąłem pod nosem. – Nie jestem wybredny.
Wziąłem pierwsze z brzegu pudło i otworzyłem. Ciepła, przyjemna woń razem z zapachem kurczaka i papryki przekonała mnie do tego, że byłem potwornie głodny.
– Szlag, nie to! – krzyknęła.
– Co?
– Nie to! Otwórz drugie!
– O czym ty mówisz, Mia?
– Weź drugą pizzę!
Więc ta duża była dla niej? W takim razie po co przysunęła mi ją pod nos? W przypływie gniewu, szarpnąłem i chwyciłem, robiąc dokładnie to, co chciała. Podniosłem wierzch drugiego, cholernego pudełka. Miało na sobie szynkę, salami, pieczarki i dodatkowy ser. I czerwoną świeczkę na środku.
Odczekała sekundę i nachyliła się, sięgając do knota i odpalając go zapalniczką.
– Najlepszego, Taiga – wyrecytowała tylko.
Zdębiałem. Patrzyłem się dokładnie w ten jeden punkt, mrugając powiekami. Nawet nawoływania żołądka chwilowo ucichły. Czy to już dziś? Skąd w ogóle o tym wiedziała? Sam nawet o tym nie pamiętałem. Pewnie upomniałby mnie dopiero telefon od rodziców.
W tym samym czasie kątem oka widziałem, jak Mia unosiła ponad wysokość swojej głowy trójkącik pizzy i oderwała zębami jego czubek, a drugą ręką przetrzymywała spadający z wierzchu ser. I przez cały ten czas uśmiechała się triumfalnie.
Dotarło do mnie, że pofatygowała się o tyle niepotrzebnych rzeczy. Świeczka. Trzy kartony pizzy, niesionej przez kilkuset metrową drogę. Dodatkowo o tak późnej porze zupełnie sama przemierzając ulice Tokio. Po co w ogóle było to wszystko?


– Dzięk… dziękuję, Mia – wydukał w końcu, choć nadal spłoszenie i niepewnie. Jeszcze przed chwilą patrzył na mnie jak na wariatkę, a ja zaczynałam czuć się z tym faktem źle, bo zbyt często patrzył na mnie w ten sposób.
– Robi się zimna – oświadczyłam mu, żeby ratować go zakłopotania i wymusić na nim jakąś reakcję. Najwyraźniej tego właśnie potrzebował.
– Nie musiałaś tego robić – dodał.
– Mówisz o sposobie, w jakim na całym świecie obchodzi się czyjeś urodziny?
– Ale naprawdę… ty nie musiałaś.
Oderwał w końcu kawałek jednego kawałka. Jego ruchy nadal tak niepewne i roztropne, że aż do niego niepasujące.
– Wyluzuj – rzuciłam pobieżnie i odchyliłam lekko głowę, spoglądając za okno. Prawdę mówiąc, im bliżej było mi do wyjazdu, tym bardziej nie chciało mi się stąd jechać. Miasto mieniło się wieloma kolorami, zupełnie jak okna w pobliskich, osiedlowych blokach i wyglądało nadzwyczaj ślicznie. Żałowałam nawet, że przyszły rok szkolny zmuszona byłam spędzić w Akicie.
– Nie chcesz może spróbować? – zaproponował mi kawałek ze swojej pizzy o średnicy pięćdziesięciu centymetrów. Sugerowałam się wspomnieniem, kiedy pierwszy raz znalazłam się w tym mieszkaniu i obserwowałam obraz niemal idealnie nakładający się z aktualnym. Na znak chłopaka o jasnoniebieskich włosach ze swojej drużyny, przywlókł sobie pod nos niemal takie same wielkościowo kartony pizzy, przerywając rozmowę z Tatsuyą. Siedziałam na rogu jednej z kanap, cisnąc się tuż obok zrażonego i niezadowolonego Atsushi'ego, który wciskał w siebie końcówkę solonych krakersów.
– Nie, moja w zupełności mi wystarczy. Dwie godziny temu jadłam kolację – odparłam, nie zdejmując wzroku z szyby. Było mi jakoś nadzwyczaj wygodnie i międzyczasie zajadałam się swoją hawajską. Komentator w telewizorze wykrzyczał coś po angielsku, przez co zrobiło mi się jeszcze bardziej swojo.
– Nie chcesz przenieść się na kanapę? – zapytał mnie nagle.
– Nie, lubię siedzieć na podłodze – automatycznie ścisnęłam w dłoni puch dywanu obok i nie odrywając głowy, odparłam. – Jeśli chcesz obejrzeć, to idź.
– Nie chcę – syknął niemal od razu. – Oglądałem to z nudów.
Taiga zdawał się coraz śmielej pochłaniać jedzenie, do tego zupełnie tak, jakby nie karmiono go od rana. Skontrolował moją perspektywę widoku z okna. Powiódł wzrokiem może dwa razy po widocznej panoramie, po czym niepewnie opuścił wzrok na podłogę. Oparł głowę o szeroką dłoń i patrząc w stronę szafki w kącie, zaproponował nieśmiało:
– Nie chcesz zjeść na balkonie?
Ale tym razem trafił. Sama o tym nawet nie pomyślałam. Kiwnęłam głową, momentalnie podnosząc się i zabierając pudełko. Kagami w tym czasie uchylił drzwi i puścił mnie przed sobą.
Zanim zdążyłam się usadowić, wrócił i obszedł mnie z prawej strony, rozkładając koc na zimnej posadzce. Poczęłam znosić na balkon swoje, jak i jego pudełko z zaledwie połową pozostałego mu placka, kiedy on nalewał szklanki wodą. Rzuciłam je przed siebie i rozsiadłam wygodnie, a Taiga wrócił z napojami. Do środka wrzucił jeszcze po plasterku cytryny.
– Dziękuję – odparłam, przechwytując szklankę. Kiwnął głową, upijając dwa ogromne łyki.
Temperatura wyraźnie spadła, a chłód bił także od kafelek, więc wyobrażałam sobie, jak ciężko byłoby wytrzymać tu bez skrawka materiału, który przyniósł. Zdążyłam ochłonąć po szybkim truchcie z dodatkowymi kilogramami w dłoniach, więc czułam to zdecydowanie dosadniej niż w drodze na miejsce, podekscytowana i z nadzieją, że wypieki nie zdążą wystygnąć. Mniemałam jednak, że temperatura dania nie robi mu większej różnicy, bo właśnie pochłaniał ostatni kawałek.
Przekonałam się dopiero teraz, że dobrze postąpiłam, kupując nowy papier, kiedy wyciągałam z plecaka pakunek. Gdybym dała mu w tym samym, co prezent od Tatsuyi, byłoby mi zwyczajnie głupio, choć zakładałam, że Taiga w ogóle by się nie zorientował. Niemniej jednak szary papier przewiązany czerwoną, matową wstążką, podobał mi się w efekcie końcowym o wiele bardziej.
Podsunęłam mu zawiniątko tuż pod nos. Różki papieru zahaczały o jego odkryte udo, bo miał na sobie zaledwie krótkie spodenki i bezrękawnik. Miałam wrażenie, że poziom temperatury jaka panowała, była niewystarczająco niska, by mogła na niego oddziaływać. Że dopiero uchodziło z niego ciepło, którym słońce nagrzało go za dnia na boisku. Mimo nocy zdołałam wyłapać, że nawet kolor skóry miał ciemniejszy od mojej, choć jego opalenizna wpadała raczej w czerwonawe pigmenty.
– A to co znowu?
– Otwórz.
– Ale...
– Otwieraj, bo jestem ciekawa twojej reakcji – wyznałam wprost.
Ujął w dłonie prezent, obracając go w palcach z ostrożnością, co powtarzał niezmiennie przez jakieś dziesięć sekund. Czułam, że chce coś powiedzieć, nie do końca wiedząc jak i zwyczajnie przedłuża tę czynność, by dać sobie czas. Cały ten proces przyprawił mnie o kolejne déjà vu wydarzenia sprzed początku miesiąca. Uznałam, że to zabawne, że nasza relacja dotarła do tego stopnia, że nawet ja poczułam się w obowiązku przynieść mu coś z okazji jego urodzin.
Nie chciałam go popędzać. Zdjęłam z niego wzrok, by odjąć mu presji i beztrosko wepchnęłam sobie do ust różek przedostatniego kawałka z ogromnym kawałkiem owoca. W tym samym czasie usłyszałam szelest rozrywanego papieru.
– Koszulka Lakers’ów – powiedział informująco, badając ją wzrokiem i palcami. Właśnie dlatego postanowiłam dać mu ją po zjedzeniu, żeby uniknąć tłustych plam albo śladów mąki. Bałam się jednak, że może zwyczajnie powinnam wręczyć je w innej kolejności.
– Oryginalna – dodałam, przełykając kęs. – Całkiem świeża.
– Jak ją dostałaś?
– Akurat mama była na miejscu. Poprosiłam ją o przysługę dla bliskiego przyjaciela Tatsuyi – wytłumaczyłam, przechylając szklankę z wodą do góry.
– Rozumiem – odpowiedział jedynie.
– Będziesz miał co założyć jak wrócisz.
– Nie mieszkamy w Los Angeles…
– Wiem – przerwałam mu. – Ale to najbliżej od nas.
Prychnął pod nosem na mój nieprofesjonalizm, ale zignorowałam to. Nie mogłam ryzykować dziwnych podejrzeń ze strony Tatsyui, żeby wyciągać od niego nazwę jego ulubionego klubu. Niekontrolowanie mogłoby się to przenieść na moją rodzinę, co groziłoby głupimi sugestiami, wycelowanymi prosto w naszą stronę. Nie w przypadku, kiedy już jutro miałam tam być.
– Dziękuję – wydukał w końcu. Ściskał koszulkę w piąstce, choć nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe. – Nie musiałaś aż tak się fatygować, Mia.
– To nie fatyga, a prezent – poprawiłam go.
– Wysyłka też kosztuje. I jeszcze te pizze – urwał, szturchając palcem puste, półprzymknięte pudło. – Ile za nie dałaś?
– Oszalałeś – stwierdziłam. – To część składowa prezentu. Nie oddasz mi za to pieniędzy.
– To za dużo, Mia. O wiele za dużo – upierał się dalej i beznamiętne w nie wpatrywał. Nie wiedziałam, czy chce podziękować mi jeszcze raz, czy może myśli o czymś zupełnie innym, ale prawdopodobnie zrozumiał, że dalsze przekonywania i ciągnięcie tematu nie ma większego sensu, bo westchnął jedynie poddańczo i milczał jeszcze przez jakiś czas. Niemniej jednak chyba przychodziło mu to z trudem, bo z poirytowanym wyrazem twarzy, podrapał się po pomarszczonym czole.
– Rozmiar będzie dobry? – dopytałam, kiedy odsuwał od siebie papier, w który wcześniej odłożył koszulkę.
– Tak, jest okej – odpowiedział od razu.
– Naprawdę? – strzelałam. Kompletnie. Narysowałam mamie sylwetkę i poparła mnie w tym, że powinna być w porządku, ale moje celowanie było tylko i wyłącznie gdybaniem.
– Skąd wiedziałaś? – wyparował nagle.
– O czym?
– O urodzinach. Skąd wiedziałaś, że to dzisiaj.
W zasadzie to zwyczajnie pamiętałam tę datę od momentu, w którym podarowałam mu prezent od Tatsuyi. Jednak nie na tyle, bym sama z siebie przypomniała sobie o nich z dnia na dzień. Dopiero wieść Minako na temat imprezy urodzinowej, którą zamierzali mu wyprawić, sprawiła, że ten dzień na dobre wyrył mi się w pamięci do tego stopnia, że stał się też datą w pewien sposób wyczekiwaną.
Poza tym, na samą myśl o dzisiejszym przyjęciu zrobiło mi się w jakiś sposób smutno. Zazdrościłam sobie przede wszystkim tego, że nie mogłam uczestniczyć w przygotowaniach i wybieraniu dekoracji, którym można byłoby przystroić pokój. O ile w ogóle ktokolwiek zamierzał to zrobić. Szlag. Temu salonowi pisane były złote girlandy i balony w każdym rogu, bo minimalizm Japonii i Kagamiego zarazem były zbyt skromnym i prostym połączeniem.
– Pamiętałam co nieco – napomknęłam jedynie i zerknęłam na niego z delikatnie szelmowskim uśmiechem, na co on odwrócił wzrok i całkowicie swoją głowę, patrząc przed siebie. Przysunęłam mu swoje pudełko z ostatnim kawałkiem pizzy. – Możesz zjeść. Nie dam już rady.
Nie oponował. Skontrolował jedynie najpierw moją twarz, a potem sylwetkę i przejął kawałek, zabierając go w dłoniach. Ruch na ulicach stopniowo malał, a światła w oknach szybko gasły. Tokio powoi kładło się do snu.
– Nie chcesz bluzy?
Raptownie podniosłam brodę i kątem oka skontrolowałam jego wyraz twarzy – nadzwyczaj troskliwy. Badał mnie niepewnie, patrząc jakby spod byka i czekał na odpowiedź. Zdążyłam zamyślić się przez ten moment zbyt intensywnie, bo widok pochłonął mnie całkowicie, po czym odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Nie, dzięki. Jest przyjemnie.
Omackiem odnalazłam dłonią plecak i przysunęłam go do siebie, po czym dodałam, całkowicie, zupełnie, kompletnie niechętnie.
– W zasadzie to będę się zbierać, Taiga.
Wyprostował się i spojrzał na mnie ponownie. Widziałam niezrozumienie na jego twarzy, dlatego sprostowałam.
– Muszę wstać na samolot o siódmej.
– No tak – mruknął, choć miałam wrażenie, że odświeżyłam mu pamięć tą informacją, a nie że sam z siebie zdawał sobie z niej sprawę. Że to już dzisiaj. Westchnął kolejny raz.
– Pozdrów ode mnie Tatsuyę.
Spojrzałam na niego. Wpatrywał się w kafelki i uśmiechał niemo.
– Nie chcesz wrócić do domu? Nawet na chwile, tydzień, dwa? – miałam bowiem wrażenie, że jego refleksja, w którą wyraźnie momentalnie popadł, kierowana była nie tylko w stronę Himuro, ale wszystkiemu, co z nim związane.
– Wracam dopiero na święta. Możliwe, że rodzice wpadną tu do tego czasu.
– Rozumiem – odparłam cicho, podnosząc się z miejsca. – Przekażę mu, na pewno.
Z bólem odrywałam oczy od widoku, który jak nigdy, wydawał mi się tak wyjątkowo śliczny. Żałowałam, że nie znalazłam się tu wcześniej i nie mogłam w spokoju nim napawać. Z kolei chłód nocy po kolejnym, parnym dniu w Tokio był jak ukojenie. Towarzystwo chłopaka po wysłuchiwaniu lamentu Eriko na wieść o wyjeździe, również.
Nic, co powinno, nie motywowało mnie to opuszczenia Tokio i powrotu do domu, czego od kilku tygodni tak bardzo chciałam.
Zgarnęłam plecak i poleciałam do przedpokoju. Wsunęłam trampki na stopy i przyglądałam się, jak Kagami wolno doczołguje się tuż za mną, prawą dłonią gładząc się po pełnym brzuchu. W którymś momencie schylił się, żeby zrobić dokładnie to samo. Dopytałam jednak dla pewności:
– Co ty robisz?
– Jest już późno. Nie możesz wracać sama, Mia.
– Zwariowałeś? – parsknęłam, może nieco zbyt głośno, bo poderwał głowę i spojrzał na mnie niezrozumiale i z nutą typowej dla niego irytacji, ściągając brwi.
– To blisko – sprostowałam, kojąc ton. – Poradzę sobie.
– To bez znaczenia – odpowiedział mi.
– To nie Ameryka, Taiga – wyjaśniłam mu pouczająco i splatając ręce na klatce. – Tu jest bezpiecznie.
– Mieszkasz tu krócej niż ja, więc uznajmy, że wiem na ten temat więcej – dodał znowu, a mi zrobiło się gorąco. Odruchowo przejechałam paznokciami po skórze zbyt mocno. – Tak będzie bezpieczniej.
Chłopak chyba nie zamierzał zmienić zdania ani wziąć po uwagę mojego, bo schylał się, by rozwiązać sznurówkę, która zaplątana zbyt ścisło, nie pozwalała mu przecisnąć stopy. Bez wahania, odepchnęłam się od ściany i stanęłam w progu. 
– Sto lat, Taiga – powiedziałam cicho. – Wyśpij się lepiej – po czym pomknęłam w dół po klatce schodowej, nie wiedząc nawet z jakim wyrazem twarzy go zostawiłam, bo zależało mi na tym, by jak najszybciej znaleźć się na dole. Usłyszałam jak nawołuje mnie po imieniu, które odbijało się echem kiedy biegłam i odetchnęłam z ulgą, kiedy za trzecim, mijanym rogiem ulicy przekonałam się, że nie wybiegł za mną.


Wkraczamy w jesień, moi drodzy. Następny rozdział będzie chyba dużym przeskokiem w czasie, bodajże o miesiąc, jeśli nic się nie zmieni. No i przepraszam za tak krótką perspektywę Kagamiego – w sumie to chce ich totalnie nie dawać, ale scenę wejścia od samego początku widziałam tylko i wyłącznie z jego strony i chyba musiałam.


7 czerwca 2017

X. I've been sleeping with this silence in my mind

Ósma. Tego dnia wstałam o ósmej.
Moje odzwyczajone od tak wczesnej pory ciało z trudem zwlokło się z łóżka i jakimś cudem doczłapało do kuchni. Usiadłam na krześle, przytrzymywana przez jego oparcie i zmusiłam się do smarowania cieniutkich wafli ryżowych domowej roboty twarożkiem Eriko i nakładania na nie plasterków rzodkiewki. Herbata parzyła się w przezroczystym kubku, a ja podczas jedzenia przyglądałam się stopniowym zmianom jej zabarwienia, wrzucając trzy kostki cukru i finalnie zwieńczając to machnięciami łyżki.
Wyciągnęłam telefon, kładąc go na blat, aktywując wibracje i włączając transfer danych. Byłam zmuszona do inaktywowania obu tych funkcji na noc, ponieważ Chloe w ogóle nie liczyła się z różnicą czasu. Po kilkutygodniowym doświadczaniu przebudzania się przez nią i jej kombo wiadomości w nocy, nauczyłam się odcinać od niej w bezpośredni sposób. Tylko to bowiem skutecznie załatwiało sprawę.
Wsunęłam palce we włosy i przeczesałam je powoli. Byłam sobie wdzięczna, że kąpiel załatwiłam wieczorem. Samo rozczesywanie splątanej burzy loków zajmowało mi kilka cennych minut, co dopiero, kiedy musiałam przeznaczyć jeszcze czas na umycie ich. W aktualnym stanie wolałam spokojnie, powoli uporać się z każdą inna czynnością, jaka mi została. Upiłam łyk słodkiej herbaty i wstałam, maszerując do łazienki.
Gotowa, wyszłam z mieszkania i dotarłam na przystanek przed Kagamim, bo gdyby tu był, z pewnością przewyższałby zebranych ludzi o głowy. Przebiłam się przez tłum do słupka z rozkładem jazdy, upewniając, że trafiłam gdzie trzeba. Skontrolowałam godzinę i uświadomiłam sobie, że mimo pierwszego dnia weekendu i pory, okolica tętniła życiem i ludźmi pilnie czekającymi na środek komunikacji. Nie przywykłam jeszcze do faktu, że tu życie płynęło inaczej. Większość ludzi w rodzinnymi mieście wykorzystywała ten czas na odpoczynek, a ruch na ulicach zauważalnie malał.
Westchnęłam pod nosem i przykucnęłam, by zapchać czas wygrzebaniem z plecaka ewentualnie zalegających tam śmieci. Zaczynając od najmniejszych kieszeni, w których znalazłam papierki po pomarańczowych cukierkach, w międzyczasie upiłam łyk zabranej z domu wody i poczułam zawężające się moje pole ruchów przez skupiających się ciaśniej wokół mnie ludzi. Ktoś z tyłu zahaczył o mój bark, a potem zasypał mnie nadgorliwymi przeprosinami. Odebrałam to za znak, że autobus dojeżdża do przystanku i to właśnie wywołało nagłe zamieszanie.
Jednak przyszłaś – usłyszałam, prostując się, a w odległości może dziesięciu centymetrów od mojej twarzy dostrzegałam jedynie zamek szarej bluzy z czerwoną obwódką. Unosiłam wzrok ku górze, idąc wzdłuż całej wysokości sylwetki Kagamiego, by dotrzeć do jego twarzy, która uważnie badała moją. Prawą dłonią przytrzymywał pasek torby zarzuconej na jedno ramię. Oczy miał nieco znudzone, ale żywe i – w przeciwieństwie do moich – niezaspane. Wnikliwie mi się przyglądał i nie wiedziałam, czy powinnam zakładać, że bez słowa obserwował mnie od jakiegoś czasu i czekał aż samoistnie wstanę, czy też nie dostrzegł mnie na horyzoncie i przywykł do świadomości, że na dzisiejszy trening jedzie jednak sam.
Taki był plan – odparłam natychmiast, kiwając przy tym głową. – Choć niewiele mi brakowało, żeby go przespać.
Przecież nie musisz iść.
Przecież o tym wiem – dopowiedziałam, spoglądając na niego porozumiewawczo. – Powinieneś powiedzieć raczej, że i tak dobrze się trzymam jak na tak wczesną porę.
Patrzył przed siebie, ale w jego oczach zauważyłam wstępującą pobłażliwość. Kiedy delikatnie ściągnął brwi, spojrzałam w tym samym kierunku co on.
Jedzie. Masz ostatnią szansę, żeby się zastanowić – odpowiedział oznajmująco, patrząc na pojazd, który podjeżdżał pod krawężnik. W odpowiedzi jedynie przeszłam tuż przed nim, kiedy zostawił mi miejsce na ewentualne przejście.
Za późno. Musiałabym w ogóle nie ruszyć się z łóżka.

Ciągnęłam się za Kagamim ospale krokiem, podczas kiedy jego długie nogi przebierały w niezmiennym i szybkim tempie, jak gdyby wyjątkowo mocno się spieszył. Dotrzymywaniu mu kroku utrudniały mi pojedyncze ziewnięcia, których nie potrafiłam okiełznać. Przy którymś z nich chłopak zerknął na mnie kontrolnie, po czym przyspieszył na widok hali liceum zza miniętych drzew. Niemal jeszcze śnieżnobiałe, wyraźnie zarysowane na tle bezchmurnego nieba, niezniszczone i świeże, potwierdzały swój krótki wiek istnienia.
Przechodząc przez wejście główne, znaleźliśmy się na korytarzu z szeregiem drzwi, prowadzących najprawdopodobniej do kilku szatni. Instruując mnie, by udać się prosto i zająć którekolwiek miejsce na trybunach, gdyż Minako raczej jeszcze nie będzie, wcisnął mi coś do ręki i odwracając się, odburknął jeszcze.
Zjedz go od razu. Energetyzujący.
W palcach ściskałam owsianego batonika z żurawiną oraz polewą z białej czekolady. Odszedł, a ja ze zdziwieniem wpatrywałam się w jego plecy, które oddalały się ode mnie, a na moje podziękowanie jedynie skinął głową znacząco, rozpinając zamek dresowej bluzy w wejściu i niknąc za białą ścianą.
Przemknęłam w wyznaczonym mi przez niego kierunku, wkraczając na boisko. Siedzenia były rozpostarte po trzech stronach. Skręciłam na lewo i wspięłam się kilka stopni. Brązowy, szmaciany plecak i ciemna dżinsówka wylądowały na siedzeniu obok mnie. Otworzyłam otrzymany przed momentem smakołyk i wysunęłam go z opakowania, czując słodką, jogurtową woń. Nadgryzłam go na próbę, oblizując wargi, po czym skonsumowałam w całości w zaledwie kilku kęsach.
W którymś momencie Taiga wraz z kilkoma chłopcami weszli na boisko i zaczęli rozgrzewkę. Nie czułabym się źle, gdyby nie fakt, że byłam jedyną osobą obserwującą ich z boku i zarazem w zasadzie zupełnie nieznaną. Odnotowałam kilkukrotne, kontrolne spojrzenie każdego kumpla Taigi, po czym wyciągnęłam telefon i wpatrywałam się w niego uporczywie, zanim ten rodzaj inwigilacji miałby wprawić mnie w zakłopotanie.
Jesteś, Mia – usłyszałam nad głową. Postać dziewczyny zalawirowała mi nad głową, kiedy schodziła o rząd krzesełek niżej, by znaleźć się tuż obok mnie. Jej wysoki, długi kucyk chybotał się na boki.
Tylko cudem.
Coś się stało? – zapytała z niepokojem.
Udało mi się zwlec z łóżka na czas – odparłam, zgniatając w dłoni papierek i poklepując wolne miejsce koło siebie. – Siadaj!
Brzmi jak spore wyzwanie – zaśmiała się cicho pod nosem i po chwili zsunęła się na krzesło, rozsiadając na nim. Potarła dłonie o jasne jeansy i rozeznała się ze składem osób znajdujących się na boisku, wodząc po nim szarymi tęczówkami.
Zawsze siedzisz tu zupełnie sama?
Czasami wpada jeszcze Momoi, ale nie będzie jej dzisiaj – wyznała, odstawiając plecak tuż przy nogach. – Kwestia przyzwyczajenia.
Jak było wczoraj? Długo siedzieliście w Maji? – zagaiłam, zmieniając temat. Splotłam palce i spoglądałam na nią z uwagą. Minako z kolei patrzyła prosto przed siebie.
Daiki zjadł wszystkie swoje burgery, potem mojego i wyszliśmy. Robimy tak co piątki, nic nowego – poprawiła okulary za pomocą łącznika, opartego o jej długi, wąski nos.
Dosłownie wywołałyśmy wilka z lasu. W tym samym momencie sylwetka Aomine pojawiła się zza białej futryny. Czekoladowa cera odznaczała się wyraźnie przy białej koszulce ze ściętymi rękawami, odsłaniającymi jego barki. Niechlujnie rzucił butelką z wodą na ziemię, która poturlała się hukiem aż do samej ściany. Niezachęcający wyraz jego twarzy sprawiał wrażenie, jak gdyby przyszedł tu wbrew sobie, choć ochoczym krokiem wtargnął na boisko i podniósł rękę ku górze, przygotowaną do przyjęcia podania.
Sakurai, podaj mi piłkę – wyrecytował wymagając, nie prosząc. W tym samym momencie struchlały chłopak o dłuższych, jasnobrązowych kosmkach, sterczących mu na całej głowie, bez zastanowienia wyrzucił piłkę w jego stronę. Aomine zareagował w sekundę i w drugą znalazł się przy koszu. Zawisł na obręczy, po czym wylądował na całych stopach z głośnym plaśnięciem o gumową posadzkę. Nikt go nie hamował, nikt chyba nawet nie chciał zareagować, by go powstrzymać, a miałam wrażenie, że nawet gdyby ktokolwiek to zrobił, cała tak akcja i tak wyglądałaby niemal identycznie. Niezachwiane i pewne siebie ruchy wydały mi się być aktorsko przerysowane, mimo że widziałam je właśnie na żywo. O wiele lżejsze niż Murasakibary, o wiele bardziej płynne niż u Tatsuyi. Niestaranne, ale dokładne. Kompilacja wszystkich jego zachowań niemal od razu przywiodła mi na myśl wrodzonego kompletu przeciwieństw, jakimi dysponował. Był chodzącą niewiadomą. Człowiekiem paradoksem, którego nie można było do końca przewidzieć. Skrywał jakieś nieokreślone emocje pod cała tą otoczką obojętności i arogancji, której doświadczyłam już wczoraj.
Zorientowałam się, że boleśnie marszczę czoło.
Znowu się spóźniłeś – ktoś o platynowych włosach w koszulce Too zwrócił mu uwagę. Na wiszącym wysoko, elektronicznym zegarze, było dokładnie piętnaście minut po ustalonej godzinie.
Zamknij się – parsknął jedynie, wracając się na środek boiska.
Zerknęłam na Minako kątem oka, która podpierała głowę o zgięty nadgarstek i doglądała całej sytuacji cierpliwie i bez cienia zaskoczenia.
A Ty? – Minako wróciła do tematu, rozgrzebanego chwilę wcześniej. – Jesteś tu pierwszy raz?
Nie miałam okazji być tu wcześniej – odparłam, poprawiając kosmyk włosów i zakładając go za ucho. Nie umiałam wytłumaczyć tego dosadniej. Nie wiedziałabym nawet, od czego w zasadzie powinnam zacząć.
Było zbyt wiele powodów, dla których nie byłam tu wcześniej i tylko jeden, dla którego się tu znalazłam – czysty przypadek. To on pokierował całą tą sytuacją, przez który zabrałam się tu z ledwo poznanym mi kolegą, co zapewne w oczach osób trzecich rysowało się zdecydowanie jednoznacznie. Przeszedł mnie dreszcz zażenowania, że mój egoizm potrafił doprowadzać do tak niezręcznych sytuacji. Bo problem leżał w tym, że chciałam tu przyjść. Cholernie cieszyłam się na samo zaproszenie i fakt, że mogę w końcu gdzieś sensownie wyfrunąć z mojego tymczasowego pokoju.
Mieszkam w Akicie – dodałam po pewnym czasie. – Ale zamierzam wpadać tu co jakiś czas, do przyjaciela.
Minako zerknęła na mnie kontrolnie, uśmiechnęła się przyjaźnie i kiwnęła głową w zrozumieniu. Momentalnie skuliła się ku podłodze i sięgnęła z leżącego przy jej nogach plecaka czarny, wypchany pokrowiec. Wyjęła lustrzankę Nikona i obróciła go w palach, odsłaniając przy tym. Przesunęła opuszką po włączniku i zaczęła majstrować przy ustawieniach na obracanej rolce.
Robisz zdjęcia? – zapytałam o oczywistość tylko po to, by znowu ją zagadać. Chyba trafnie odnotowałam jej tendencje względem pewnego podobieństwa do Phoebe. Obie były raczej stonowane, statyczne. Nie mówiły, kiedy nie czuły potrzeby, ale to znaczyło to, że są nieśmiałe czy przesadnie ciche. Czułam się w jakiś sposób zobowiązana do podtrzymywania rozmowy, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że momentami walczyłam z ochotą rozłożenia się na ciasnych, plastikowych krzesełkach i przymknięcia oczu na kilka minut. Chciałam w jakiś sposób otworzyć ją na siebie, a równocześnie starałam się pokonać jak najszybciej rzadko spotykany u mnie przypływ senności.
Kiedy tylko mogę. Lubię to… bardzo – odpowiedziała, przysuwając aparat do twarzy i naciskając guzik. Narzuciła smyczkę za szyję i wróciła do poprawiania ustawień technicznych oraz sprawdzania ich na bieżąco w podglądzie.
Jest coś jeszcze? Coś, co lubisz? – zapytałam, spoglądając na nią. Zanim zastygła na sekundę w bezruchu, pstryknęła pojedynczą fotkę i z delikatnie rozwartymi, bladymi ustami, odsunęła sprzęt sprzed swojej twarzy. Spoglądała na boisko z nieco rozbitym wyrazem twarzy.
Imaizumi, schowaj ten aparat, bo za chwilę będziesz zbierać go z podłogi – dobiegło z dołu.
Sylwetka Aomine stała przodem, patrząc z niesmakiem w naszą stronę. Zadzierał głowę do góry i świdrował wzrokiem Minako. Odruchowo przeniosłam wzrok na bok, dostrzegając Kagamiego, który patrzył z uwagą na całą naszą trójkę. Zabieg, trwający może pięć sekund, przerwał przelotnym, podgardliwym spojrzeniem i cichym komentarzem zachowania Aomine, po czym zaczął truchtać w stronę swojego kosza. Podrapał się po spoconym karku i przeczesał palcami tył bordowych, krótkich włosów.
Naleśniki – odpowiedziała nagle. – Je t lubię robić – oparła nadgarstki o uda i przejrzała folder z wykonanymi ujęciami, kasując kilka z nich. – I wiele innych rzeczy. Ogólnie podoba mi się przygotowywanie jedzenia i jego konsumpcja.
Zaśmiałam się pojedynczo pod nosem, przerzucając do tyłu włosy i podciągając nogi na krawędź krzesła, przycisnęłam je do klatki piersiowej i zaczęłam huśtać się minimalnie.
Dałabym wiele za naleśnika z parówką. Wegetariańska kuchnia mojej współlokatorki powoli mnie wykańcza – wyznałam.
Możemy je kiedyś zrobić, ale bez tamtych dwoje – porozumiewawczo kiwnęła w stronę boiska.
Nie byli w ogóle w planach – odparłam, dodając zaraz. – Skoczę po kawę.
Zdecydowałam się w końcu na tek krok, schodząc pomiędzy rzędami krzeseł i czując na sobie wzrok trenujących. Udałam się do automatu, wybierając opcję macchiato z wanilią i odczytałam kolejna lawinę wiadomości od Chloe, dwóch od Phoebe i trzy wiadomości mamy z załączonym zdjęciem jej, taty i Klawisza na spacerze.
Kiedy wróciłam, Minako dalej bawiła się swoim aparatem, zajadając w międzyczasie solone orzeszki. W międzyczasie zapytała i mnie o moje zainteresowania, które przedstawiłam jej z nadgorliwą dokładnością. Płyn prawdopodobnie zacząć powoli przywracać prawdziwą mnie do użytku. Wokół nas roznosił się zapach kawy, mleka i cukru.
W którymś momencie niskie warknięcie Aomine rozległo się po sali. Zszedł z boiska, udając się najwyraźniej do szatni i nie wrócił przez kolejne pięć minut. Wtedy też telefon mojej towarzyszki zawibrował dwa razy, prawdopodobnie zwiastując nową wiadomość. Przesunęła palcem po wyświetlaczu, odblokowując ekran z czarno-białą fotografią. Chwilę później chwyciła plecak i wpakowała do niego swój sprzęt, dopięła suwak do końca i poderwała się z siedzenia.
Wybacz, muszę lecieć. Aomine...wyjaśniła, nie kończąc celowo. Jego nazwisko było wytłumaczeniem samym w sobie. – Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo.
Raczej dopiero po wakacjach. Wracam do domu na cały miesiąc.
Myślałam, że zostaniesz chociaż na urodzinach. Słyszałam od Yosuke, że planują coś dużego.
Jakich urodzinach? Jaki Yosuke? Miałam ochotę dowiedzieć się więcej, ale Minako wyraźnie zależało na jak najszybsze zebranie się z tego miejsca. Przerzuciła już pasek plecaka przed ramię i stała, w pełni gotowa.
Komu będą wyprawiać urodziny?
Kagamiemu. Coś na zasadzie niespodzianki.
No tak. Szlag.
Zobaczę, co da się zrobić. Leć już! – pospieszyłam ją.
Dziękuję za towarzystwo, Mia – odparła jedynie, po czym machnęła mi dłonią i zwróciła w stronę przejścia na trybunie.
Czułam się dziwnie, bo poza tym, że wyparłam tę informację kompletnie ze swojej świadomości od momentu wręczenia mu prezentu Tatsuyi, w ogólnie nie uwzględniłam tego faktu podczas bukowania biletu. Nawet nie przeszło mi to przez głowę. Momentalnie zalała mnie fala wszystkich faktów, łącznie z tym, że nie miałam już fizycznej możliwości pogodzenia tych dwóch czynności ze sobą tak, by nie kolidowały, a przy tym jedna nie uniemożliwiała drugiej. Czułam jakiś dziwny rodzaj zawodu, który mogłam zafundować nie tylko mu, ale już teraz sprawiłam samej sobie.
Zerknęłam na niego. Klepnął po ramieniu innego zawodnika o kruczych włosach, bystrym wzroku w jasnych tęczówkach i ciemnofioletowej koszulce, po czym wytarł spodem dłoni wilgotne czoło, a mój umysł w tym czasie poddał sytuację kolejnej analizie, przez co nieświadomie zawiesiłam na nim wzrok na całkiem długie dziesięć sekund. Wtedy zauważył to kątem oka. Odwzajemnił uwagę i w momencie, w którym się ocknęłam, nerwowo unosząc styropianowy kubek z kawą do ust, posłał mi pojedynczy, krótki, porozumiewawczy uśmiech i pognał przed siebie.

Nie nudziłaś się? – zapytał mnie kilkanaście kroków od głównego wejścia hali, podczas kiedy dopijał ostatnie krople izotonicznego napoju, o zachęcającej, landrynkowej barwie.
Nie. Od momentu, w którym poszła Minako, odpisałam na wszystkie zalegające mi od tygodni wiadomości na Messenger’ze. Mam to wreszcie z głowy.
Choć spraw na boisku doglądałam także. Być może nie zdawał sobie sprawy albo nie łączył faktów, że byłam do tego przyzwyczajona i łączyło mnie z tym wiele sentymentu w związku z moją relacją z Himuro. Bywały nie tylko wieczory, ale i całe dnie, które przesiadywałam pod płotem z metalowej siatki, jadłam, piłam, grałam i sama biegałam tuż obok, podczas kiedy on stawał się coraz lepszy w swoich rzutach. Być może nie odnotowywał tego zbyt często, bo był wyjątkowo mocno pochłonięty grze podczas ostatnich dwudziestu minut. Włożył w nie chyba ostatnie pokłady swoich sił, skacząc niemiłosiernie wysoko i wsadzając okołu piętnastu piłek.
Chrząknął pod nosem, co w rzeczywistości miało być chyba oznaką tego, że próbował się zaśmiać.
Przepraszam za poranek – wyparował nagle. Przewiesił swoją szarą bluzę przez szyję i przytrzymywał ją za skrawek rękawa. Było w zasadzie około godziny dwunastej i zrobiło się naprawdę upalnie.
Nie wiem, o czym mówisz, Taiga – najpoważniej nie miałam pojęcia, do czego nawiązuje. Zerknęłam na niego, unosząc głowę oraz minimalnie brwi ku górze.
Myślałem, że idziesz tam z grzeczności. Że nie chciałaś zrobić przykrości mi czy Minako.
Dlaczego niby miałabym zmuszać się do czegoś takiego? Po prostu się nie wyspałam...
Nie ma nic ciekawego w oglądaniu meczu – oznajmił mi. Pokręciłam głową z niekontrolowanym uśmiechem, który wstąpił mi na usta.
Mówisz to, bo nie umiesz usiedzieć na ławce. Jeśli ktoś nie zajmuje się koszykówką, nie ma ochoty bez przerwy w niego grać, Kagami – wytłumaczyłam mu to ze swojej strony. Prawdopodobnie nie wyobrażał sobie tego rodzaju poglądu, będąc całkowicie jej oddanym.
Przetarł oczy i nadal nieco wilgotne czoło. Miałam wrażenie, że jego ciało bucha i paruje dwukrotnie mocniej, kiedy bezpośrednio oddziałuje na nim słońce. Biała koszulka lepiła się do jego świecącego, wilgotnego ciała i wyraźnie zarysowanych mięśni ramion.
Być może. To po prostu nudne.
Nie, nie jest nudne. Są ludzie, którzy lubią po prostu oglądać sport. Ty masz robić, żeby mieli co oglądać.
Rozwarł delikatnie usta i przemierzał wzrokiem po drzewach, które mijaliśmy idąc alejką. Zamilkł jednak, choć czekałam na kolejną, przeciwwstawną odpowiedź.
Nie chcesz czegoś zjeść, Mia? – zapytał nagle.
Tak, pewnie. Rano nie miałam na to siły – odparłam zgodnie z prawdą. –
Chcesz iść do Maji czy gdzieś indziej? – dopytał ponownie, a ja zaśmiałam się w duchu nie wiedząc, czy pierwsza część pytania była sugestią wobec mnie czy jego własnych upodobań.
Przerzuciłam włosy na jeden bok i zaczesałam palcami kosmki opadające mi na czoło. Ich gęstość była barierą nieprzepuszczalną dla tlenu, dlatego karciłam się właśnie, że nie wzięłam ze sobą gumki. Tej samej, którą wczoraj specjalnie przyniósł mi Taiga.
Wyselekcjonowałam, że miałam ochotę na mięso, dużo mięsa. Wczoraj, pomimo zapchania się brązowym ryżem i kotlecikami z tofu, czułam swego rodzaju pustkę w żołądku.
Do Maji – odparłam.


Przepraszam za zwlekanie z tą kanoniczną częścią bloga. Oddaje wam rozdział dłuższy niż zwykle, a w następnym będę chciała wrzucić już coś dobitnego, bo sama bym chciała, żeby coś tam się powoli zaczęło dziać.
Gdyby ktoś zauważył jakieś niedopięcie to przepraszam, ale taka jedna Moira Lunn jest trochę ZMIENNA JAK WIATR (<33333 :*;;*;**; kC) i nie dogadałyśmy się w końcu względem spojenia naszych blogów. Tzn, z nią się nie da XD (kC.!!!!!11 ;*;*;;*;*;*;*;*), bo ciągle zmienia wersje, że w końcu postanowiłyśmy pisać to osobno, jedynie za wykorzystaniem naszych postaci. Poza tym dzięki temu mamy większe pole do popisu. Skolidowane ze sobą będą jakieś większe wydarzenia, takie a la jednopartóweczki.
Jeszcze raz przepraszam na szablon, jest tak niedociągnięty, że nie mogę na niego patrzeć, ale boję się, że ładowanie i poprawianie starego zajmie mi za dużo czasu. Mam nadzieję jednak, że jakoś się łapicie. Aha, a jak jesteście na telefonach, to najlepiej sugerujcie się etykietami, gdybyście nie mogli się połapać. Głowna historia to lato, Harry Potterysiowe maja hasztag alternatywa. Dla ułatwienia ponumeruję rozdziały przynajmniej do czasu, w którym szablon będzie bardziej przejrzysty. :-D