12 października 2017

XII. You promised me this is love, so stay and watch the hospital

Stałam na środku chodnika z czerwoną smyczą w ręce i dmuchało na mnie potwornie. Wiatr zerwał się tak silnie, że gałązki drzew dosłownie otrzepywał z pozostałych na nim liści. Wielokolorowe, bezwiednie trafiły na suchy asfalt. Prawie tak samo jak mój szalik, który zsunął mi się z szyi na ramię i jednym końcem dotykał ziemi, bo oplotłam się nim zbyt luźno.
Wracaj! – krzyknęłam, bo Klawisz zdążył skręcić w jakąś boczną alejkę, przez co kompletnie zniknął mi z oczu. Całe szczęście wystarczało, jak zazwyczaj, zaledwie jedno wezwanie, a ogromny, brązowy futrzak migiem znajdował się w zasięgu mojego wzroku, biegnąc w oszalałym tempie. Skoczył na mnie, brudząc jasne spodnie grudkami wilgotnej ziemi, które przenosił na spodach łap.
Był drugi tydzień września, który w tym roku przybrał sobie maskę ostrego października. Od tych samych dwóch tygodni powinnam była siedzieć już przy ławce w Yosen, a tymczasem przekonałam rodziców, by o ten czas wydłużyć sobie wakacje i zostać w domu.
Poza tym, w grę zaczęło wchodzić nawet przeniesienie się do mojego starego liceum i pozostanie w Ameryce. W zasadzie w momencie, w którym Tatsuya opuścił Akitę na rzecz studiów w Tokio, cel mojego wyjazdu prysnął jak bańka – przynajmniej w mniemaniu moich rodzicieli. Co prawda zdawali sobie sprawę, że zawarłam tam także nowe znajomości, uczyłam się samodzielności i dorosłego życia, poznając przy tym kraj, żyjąc jednak w świętym przekonaniu, że Himuro był ku temu powodem rzędu najwyższego. Tymczasem z mojej perspektywy paradoksalnie zaczęło to wyglądać... wprost proporcjonalnie odwrotnie.
Z jakiegoś powodu Tatsuya przestał być absolutnym centrum mojej uwagi już dobre dwa lata temu. Z nagromadzenia nie do końca znanych mi przyczyn, przestał być kimś bezwzględnie najważniejszym, co przez resztę życia tylko się wzmagało. Było to całkiem nieoczekiwanym zwrotem akcji, ale przy tym o wiele dla mnie zdrowszym. Na tę chwilę większy rodzaj powinności czułam wobec Murasakibary, w związku z tym, że gdyby nie ja, nie zostałby mu nikt, kto trzymałby go w ryzach i pilnował jego obecności na treningach ani jakiejkolwiek mobilizacji do nauki. Dodatkowo od momentu wyjazdu, czułam nieodpartą chęć odwiedzania Tokio, bo zwyczajnie stęskniłam się za wrzeszczącym głosem Eriko i Taigą, z którym kontakt ograniczał się do wiadomości pisanych jedynie wieczorem. Rozmowa jakimś trafem ciągnęła się od momentu, w którym zapytał mnie o przebieg podróży do domu. Nigdy nie zaczynała się od powitania i tylko z jego strony kończyła standardowym dobranoc na koniec dnia, a jedynie ciągnęła bezustannie na skończony poprzednio temat i miałam wrażenie, że jej podtrzymywanie było nieświadomie moją sprawką. Tematy jednak były całkowicie błahe, tak jak w aktualnym przypadku, w którym stanęło na rozwaleniu przez Kagamiego śmietnika na hali sportowej jego szkoły.
Ponadto jeszcze bardziej przekonywał mnie fakt, że mogłam zabrać Klawisza. Doszłam do porozumienia z rodzicami i wspólnie stwierdzili, że przyda mi się bardziej w czasie, w którym nie będzie obok mnie Tatsuyi. Komentarz puściłam mimo uszu, wdzięczna zwyczajnie za jego skuteczność. Bo poza tym, pogląd na naszą przyjaźń, która w ich mniemaniu w pewnym momencie naszego życia miała ewoluować w coś większego, stawała się coraz bardziej uciążliwa. Faktem było, że znaliśmy się całymi rodzinami niemal od poszewki, dorastaliśmy wspólnie i wiedzieliśmy o sobie dosłowne wszystko. Za wzajemne wyciąganie z bagna przełomowych tragedii powinno się odznaczyć go medalem, o czym pamiętałam i byłam mu dłużna do dzisiaj, jednak w aktualnej rzeczywistości im dalej było w las, tym bardziej oddalaliśmy się od siebie.
Co prawda, było to na swój sposób kłujące, choć nie tak samo jak kiedyś. Jeszcze kilka lat temu kwiczałabym samotnie w pokoju, gdyby cokolwiek doprowadziło do podobnej sytuacji, o ile w ogóle zdołałoby, bo uczepieni byliśmy siebie porównywalnie do rzepu. Stanowiliśmy kolektyw – bezapelacyjny, nieodłączny element swojego życia i byłam święcie przekonana, że tak będzie już zawsze, bo tego rodzaju relacje nie można wpisać w żaden bardziej obiecujący schemat niż rangę przeznaczenia. Nie w przypadku, kiedy w jednej osobie miało się zarazem bliskiego przyjaciela rodziny, jak i zastępczego, starszego brata, którym sam się kiedyś nazwał.
Tak było jednak tylko do pewnego momentu, a ja niczego jeszcze długo tego nie dostrzegłam. Tkwiłam w tym, nieświadoma że obraz, który wyidealizowałam, wyrył się w ten sposób jedynie w mojej głowie.
I wbrew pozorom zapalnikiem, który odwiódł mnie od snutych marzeń było to, czego chciałam najbardziej. W letni, ciepły wieczór, kiedy siedzieliśmy w parku, odizolowanym od dzielnic gęsto posadzonymi czeremchami, a przed nami rosło dziko pole rumianków. Chwilę wcześniej zeszliśmy z boiska, z meczu z dzieciakami, który wygrał. Byłam wszystkim zbyt odurzona, a on sam zrobił to chyba po to, by spełnić moje, a nie swoje oczekiwania i nie odtrącić nazbyt zwykłym nie. Pocałował mnie nie do końca jak zabawkę, ale raczej jak swoją własność. Niematerialną, aczkolwiek na tyle mu oddaną, że w pewnym sensie poddaną jego kontroli. Poczułam się przywłaszczona przez jego wolę, którą dopasował pod moją, a ja odebrałam to za znak, że nie chce niczego innego, jak tylko utrzymać mnie przy sobie w stanie, w jakim aktualnie się znajdowaliśmy. Czego innego poświadczeniem miał być ten krótki, zaledwie przelotny akt, smakujący owocową oranżadą, którą spijaliśmy wspólnie z jednej puszki i nic więcej wówczas? Nic więcej potem, nic więcej już nigdy.
Tym samym, zamiast cieszyć się jak głupia, przepłakiwałam każdą kolejną noc przez co najmniej kwartał, praktycznie ich nie przesypiając i rozkładając ten zawód na części pierwsze. Moje oczekiwania gniły, mętne i niezdolne do tego, by zupełnie zniknąć. Z czasem zaczęła przerażać mnie ulotność moich własnych uczuć – szybkość, z jaką wyrzekłam się człowieka, na którym zależało mi najbardziej. Sęk w tym, że ciężko było mi odbudować jego obraz, a ja dodatkowo zaczęłam się gubić – gubić we własnej głowie. Gorzkniałam w środku, wracając do punktu wyjścia, z którego wygrzebałam się nim samym i tym gorączkowym uczuciem. Przestałam przychodzić na boisko, odmawiałam wyjść, wpadania w gościnę dom obok i zaszywałam się w pokoju, skupiając na grze.
Z czasem moje emocje zaczęły cichnąć. Przywykałam do nowego stanu rzeczy, choć kwestie sentymentu i pewnego rodzaju słabości naturalnie zostały. Nie wiedziałam nawet kiedy przytłumiłam je na tyle, by nie słyszeć ich na co dzień. Nasze relacje zmieniły się niemal zupełnie – choć podejrzewałam, że znowu tylko z mojej strony – ale wróciłam. Przestałam przed nim uciekać, bo nie czułam takiej potrzeby. Uczucia zelżały i przestały mnie przytłaczać, a mi tym samym udało się odczuć naszą rosnącą w inną stronę relację. W efekcie końcowym po kilku miesiącach udało mu się mnie nawet zaciągnąć do Japonii.
Być może to dlatego, że tam skupiałam się w stu procentach na sobie, bo wyłącznie na siebie byłam zdana. Bałam się, że w przypadku mojego powrotu, wszystko miało prysnąć jak bańka. Sama nie czułam się koniecznie potrzebna w kontekście, w którym moja nieobecność miałaby na coś wpłynąć. Phoebe dopinała wszystko na ostatni guzik nawet lepiej ode mnie, a Chloë miała nadzwyczajny urok osobisty i dar prowadzenia rozmowy, z którym radziła sobie niemal we wszystkim. W zestawieniu z nimi, Murasakibara prezentował się opłakanie. Jedynie rodziców było mi naprawdę szkoda, bo zerwałam się ze łańcucha szybciej niż to było konieczne.
Możliwe, że podświadomie potrzebowałam przełomowej zmiany, bo monotonia schematu ludzkiego życia mogłaby z łatwością mnie przygnieść. Wszystko w domu wydawało mi się na chwilę obecną zbyt bardzo poukładane, oczywiste i przejrzyste – nie tego chciałam. Monotonia zawsze w którymś momencie przyciągała za sobą znudzenie, a rutyna stawała się nie do zniesienia. A ja nie chciałam, bo wiedziałam, co byłoby następstwem. Nie chciałam, żeby to wszystko wróciło. A tak z pewnością by było.
Obiad już jest, Mia – usłyszałam niski bas Matt’a, kiedy podeszłam do drzwi wejściowych i czyściłam buty o wycieraczkę. Rękę miałam zawieszoną w powietrzu na wysokości klamki, którą właśnie chciałam nacisnąć.
Już lecę – zsunęłam szybko buty i zawiesiłam płaszcz na haczyku, po czym wparowałam do łazienki, żeby opłukać dłonie. Klawisz kręcił mi się między nogami, po tym jak zrobił kilka chaotycznych kółek na podwórku i błyskawicznie wpadł do domu. Momentalnie znalazłam się przy stole, kiedy wszyscy zajadali się już pieczonym kurczakiem ze śliwką. Woń zdążyła przyjemnie rozejść się po całym domu.
Siadaj, dziecko, bo ci wystygnie – pośpieszyła mnie mama. Odgarnęła wystający kosmyk, wszczepiając go w strukturę idealnie ułożonych, grubych pasm loków w kolorze platyny i poprawiła złotego klipsa na uchu. Zawsze je nosiła, bo uwielbiała ten rodzaj biżuterii. Na tyle, żeby przez pięćdziesiąt cztery lata nie poczuć potrzeby przekłucia płatków, by nosić w ich miejscu kolczyki.
Tata zmierzył mnie wzorkiem, a potem powiódł karcącym wzorkiem na Matt’a, którego ruch ręki przemycał kawałek mięsa skomlącemu pod wolnym krzesłem psu. Uśmiechnął się z premedytacją, odsłaniając całkowicie swoje zęby. Poprawił się na siedzeniu, a mięśnie wypchały kompletnie siwe varsity, które miał na sobie.
Spakowana? – zapytał kontrolnie, przenosząc swoją uwagę na mnie.
Tak – zapychałam buzię frytkiem, by nie musieć zbyt wiele tłumaczyć, ile jeszcze rzeczy czekało w różnych częściach pokoju czy domu na ich spakowanie. – W większości.
Jeśli czegoś zapomni, to przyjdzie niedługo jeszcze raz – zaszczebiotała mama. Jej akurat było to na rękę. Tata zachowywał jeszcze zdrowy rozsądek względem wydatków finansowych i kwestii samej podróży. Matka z kolei zachowywała się, jak gdyby obie te sprawy nie były w zasadzie niczym poważnym ani wielkim.
Dam sobie radę. Połowę rzeczy mam na miejscu.
Mam ją zawieźć? – zapytał Matt orientacyjnie. Wiedziałam, że nie ma na to czasu, a sam fakt, że wygospodarował tydzień w ciągu roku, by się przywitać i posiedzieć tu ze mną, graniczył z cudem.
Nie, ja to zrobię – odpowiedział mu ojciec. – Mam jutro wolne.
Matt kiwnął głową przytakująco w odpowiedzi i zapchał sobie usta kolejnym kęsem. Z jego talerza zniknęła już ponad połowa. I tym pośpiechem i też sposobem, w jaki wspierał się łokciem o stół podczas jedzenia, przywiódł mi na myśl Taigę. Nawet ubrania wyglądały na nich śmiesznie podobnie.
Więc jedziesz najpierw do Tokio? – upewniał się w dalszym ciągu ojciec.
Tak. Przenocuję u Tatsuyi do końca tygodnia – dopiero po powiedzeniu dotarło do mnie, jak to brzmiało. To chore, że nikt nie posłał mi pytającego spojrzenia. Jedynie Matt sprawdzał się w kwestii rzucania mi czepialskich uwag i niezręcznych tekstów. – Pomogę mu przywołać mieszkanie do porządku.
Z oficjalnych informacji wynikało, że jest jeszcze niemal w surowym stanie, a na jego wykończenie jeden czy nawet więcej wolnych weekendów to z pewnością za mało. Świadomość urządzania mu domu i dobierania nawet najdrobniejszych elementów wystroju, przyprawiała mnie o lepszy nastrój na samą myśl. Uwielbiałam tego typu zadania.
Albo narobić jeszcze większego bałaganu po tak długiej rozłące do dwóch różnych domów – Matt podparł się ramieniem o krzesło i puścił mi sugestywne oczko. Przeżuwając jedzenie z otwartą buzią, uśmiechał się promiennie i świdrował mnie wzrokiem, wyraźnie zadowolony z tekstu, jaki udało mu się szybko skleić i rzucić w moją stronę.
Ugryzłbyś się przy nas w język – zwrócił mu uwagę ojciec. Mama kręciła głową, a ja z niedowierzaniem i rozwartymi ustami, wysunęłam środkowy palec na ręce, w której trzymałam widelec.
Tylko wróć w poniedziałek do szkoły, Mia – pouczyła mnie rodzicielka, by nie rozgrzebać poruszonego tematu. – Nie rób sobie większych zaległości.
Wiem – odparłam, kiedy poczułam wibracje. Wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni jeansów i położyłam go na stole, odczytując treść sms’a. – Pójdę na pewno, mamo.
Chloë, 16:38
Wbijaj o siódmej.


Wiedziałam, że tak będzie – westchnęła nagle Chloë, opierając twarz o dłoń i wpatrując się znudzona w ekran wyświetlacza.
Co jest?
Ian jest z Kath – poinformowała nas. Przewinęła palcem jest kilkukrotnie w dół, po czym machnęła ręką i wyczuwając brak zainteresowania, dodała. – Nieważne.
Phoebe patrzyła ciągle przed siebie, wyraźnie zamyślona i niewytrącona z tego transu od kilku sekund. Po jej jasnobłękitnych, zeszklonych oczach widziałam, że była już senna, a świadomość odległości do własnego łóżka tylko wzmagała zmęczenie. Siedziałyśmy na dachu jej jednorodzinnego domu, dokładnie nad jej pokojem, który znajdował się na poddaszu. Przesiadywałyśmy tu niemal każdy wieczór, chyba tylko poza zimowymi.
Nie chcę mi się jechać – wtrąciłam, zmieniając temat, który nie interesował mnie, a z całą pewnością jeszcze bardziej mojej drugiej przyjaciółki.
Nikt ci nie każe – usłyszałam momentalnie w odpowiedzi.
Westchnęłam w odpowiedzi głośno i ostentacyjnie. Celowo, bo jej opryskliwość zaczęła robić się coraz bardziej uciążliwa i nie pomagała mi w niczym, a jedynie przysparzała mi wątpliwości, których nie chciałam. Chloë zwyczajnie nienawidziła mnie od ponad miesiąca za potwierdzony fakt wyjazdu do Japonii. Była święcie przekonana, że po tym roku wrócę do szkoły i przede wszystkim do nich. W pewnym sensie wcale jej się nie dziwiłam, bo miałam wrażenie, że robię im totalne świństwo.
Mam na myśli samą podróż – wytłumaczyłam, akcentując kolejne słowa klucze i patrząc na nią perfidnie.
A mi się wydaje, że specjalnie stąd zwiewasz. Że dalej uciekasz – kąsała. Czułam, że jeśli odbędziemy jeszcze kilka podobnych rozmów, to na koniec którejś zwyczajnie się ze sobą pokłócimy. Tym bardziej, że posunęła się do poruszenia nawet tego jednego tematu.
Jedziesz z Himuro – wtrąciła Phoebe. – Chyba nie będzie tak źle.
Nie będzie – potwierdziłam. – Ale to nie zmienia faktu, że nie chce mi się zbierać i latać tyle z walizkami.
Albo to właśnie chodzi o niego – zasugerowała cicho Chloë, mówiąc jakby do siebie.
Daj spokój – mruknęłam.
Patrząc na to, że spędziliście rok z jednym mieszkaniu, to nawet ma sens – zaczęła gdybać, patrząc w niebo. Szlag, nawet ja nie pomyślałam, jak to wyglądało i brzmiało w cudzych ustach.
Tatsuya będzie trzysta kilometrów ode mnie. To nawet jako wymówka brzmi słabo.
A to, że robisz dla niego osiem tysięcy to już nic, tak?
Phoebe prychnęła pod nosem, wyraźnie się śmiejąc, co tylko popchnęło i mnie, żeby nie kryć niechcianego uśmiechu. Chloë zawsze podpuszczała ludzi, by sama wybadać, jaka jest prawda. Phoebe wystarczyłoby do tego zaledwie jedno moje spojrzenie albo grymas twarzy przy udzielanej odpowiedzi, a jej – kilkadziesiąt pytań.
Zamknij się – palnęłam, podśmiechując, co tylko odejmowało mi wiarygodności. – Przecież powiedziałabym wam, gdyby coś było na rzeczy.
Szatynka puszyła się i wydawała z siebie specjalny odgłos niezadowolenia. Jej pełne usta, teraz jak i zazwyczaj podkreślone ciemnymi pomadkami, wygięły się w podkówkę.
Po prostu gdybam. A ta ewentualność wydaje mi się być całkiem przekonująca – uniosła brew sugestywnie i uśmiechnęła się jak cwaniak.
A mi wydaje się to jakoś mało prawdopodobne – wtrąciła Phoebe, odrywając piąstki od twarzy, o które podpierała głowę. Uwielbiałam ją w dużej mierze za to, że zazwyczaj obstawiała moją stronę. Była otrzeźwiającym kubłem zimnej wody dla porywczości Chloë, a niekiedy nawet i dla mnie. Rzucała swoje dwa słowa, a ich odbiorca momentalnie poddawał je analizie.
Na Chloë działało to jeszcze bardziej niż ja kiedykolwiek, choć trzymałyśmy się w zasadzie całe życie. Phoebe poznałyśmy zaledwie cztery lata temu, kiedy przeprowadziła się z Abbyville w Kansas i zapisała do naszej szkoły. To Chloë podbiegła do nowej na wf’ie, a ta potem dołączyła do naszego kolektywu.
Niby dlaczego?
Widać to po niej.
Jęknęłam przeciągle, kładąc się na plecach
Po prostu przyjedź – powiedziałam w końcu do nieprzekonanej, nie zastanawiając się długo nad tym pomysłem. – Wybierzcie sobie jakiś tydzień i mnie odwiedźcie. Sama to sprawdzisz.
Czułam, że wyprostowała się z wrażenia. Z zamkniętymi oczami, w głowie miałam obraz jej zdziwionej twarzy i rozszerzonych, czekoladowych oczu.
Żartujesz?
Nie, czemu.
Jestem za – przerwała Phoebe. – Byłoby świetnie. Aż dziwne, że nie wpadłyśmy na to rok temu.
Nastąpiła chwilowa cisza. Milczenie, w którym jedna z nas szykowała decydującą odpowiedź.
Tylko po to, żeby odrobić twoje olanie tego rocznego wyjazdu na domki. Zjebałaś z tym, Mia, całkowicie – zaczęła znowu Chloë. Warknęłam w jej stronę z bezsilności, uśmiechając się przy tym do siebie. Wiedziałam, że to dobre rozwiązanie.
Zamknij się wreszcie i zgódź – odpowiedziałam jej, deklarując. – Wytrzymasz jeszcze ten rok. Potem już wrócę, na bank. Obiecuję.