7 czerwca 2017

X. I've been sleeping with this silence in my mind

Ósma. Tego dnia wstałam o ósmej.
Moje odzwyczajone od tak wczesnej pory ciało z trudem zwlokło się z łóżka i jakimś cudem doczłapało do kuchni. Usiadłam na krześle, przytrzymywana przez jego oparcie i zmusiłam się do smarowania cieniutkich wafli ryżowych domowej roboty twarożkiem Eriko i nakładania na nie plasterków rzodkiewki. Herbata parzyła się w przezroczystym kubku, a ja podczas jedzenia przyglądałam się stopniowym zmianom jej zabarwienia, wrzucając trzy kostki cukru i finalnie zwieńczając to machnięciami łyżki.
Wyciągnęłam telefon, kładąc go na blat, aktywując wibracje i włączając transfer danych. Byłam zmuszona do inaktywowania obu tych funkcji na noc, ponieważ Chloe w ogóle nie liczyła się z różnicą czasu. Po kilkutygodniowym doświadczaniu przebudzania się przez nią i jej kombo wiadomości w nocy, nauczyłam się odcinać od niej w bezpośredni sposób. Tylko to bowiem skutecznie załatwiało sprawę.
Wsunęłam palce we włosy i przeczesałam je powoli. Byłam sobie wdzięczna, że kąpiel załatwiłam wieczorem. Samo rozczesywanie splątanej burzy loków zajmowało mi kilka cennych minut, co dopiero, kiedy musiałam przeznaczyć jeszcze czas na umycie ich. W aktualnym stanie wolałam spokojnie, powoli uporać się z każdą inna czynnością, jaka mi została. Upiłam łyk słodkiej herbaty i wstałam, maszerując do łazienki.
Gotowa, wyszłam z mieszkania i dotarłam na przystanek przed Kagamim, bo gdyby tu był, z pewnością przewyższałby zebranych ludzi o głowy. Przebiłam się przez tłum do słupka z rozkładem jazdy, upewniając, że trafiłam gdzie trzeba. Skontrolowałam godzinę i uświadomiłam sobie, że mimo pierwszego dnia weekendu i pory, okolica tętniła życiem i ludźmi pilnie czekającymi na środek komunikacji. Nie przywykłam jeszcze do faktu, że tu życie płynęło inaczej. Większość ludzi w rodzinnymi mieście wykorzystywała ten czas na odpoczynek, a ruch na ulicach zauważalnie malał.
Westchnęłam pod nosem i przykucnęłam, by zapchać czas wygrzebaniem z plecaka ewentualnie zalegających tam śmieci. Zaczynając od najmniejszych kieszeni, w których znalazłam papierki po pomarańczowych cukierkach, w międzyczasie upiłam łyk zabranej z domu wody i poczułam zawężające się moje pole ruchów przez skupiających się ciaśniej wokół mnie ludzi. Ktoś z tyłu zahaczył o mój bark, a potem zasypał mnie nadgorliwymi przeprosinami. Odebrałam to za znak, że autobus dojeżdża do przystanku i to właśnie wywołało nagłe zamieszanie.
Jednak przyszłaś – usłyszałam, prostując się, a w odległości może dziesięciu centymetrów od mojej twarzy dostrzegałam jedynie zamek szarej bluzy z czerwoną obwódką. Unosiłam wzrok ku górze, idąc wzdłuż całej wysokości sylwetki Kagamiego, by dotrzeć do jego twarzy, która uważnie badała moją. Prawą dłonią przytrzymywał pasek torby zarzuconej na jedno ramię. Oczy miał nieco znudzone, ale żywe i – w przeciwieństwie do moich – niezaspane. Wnikliwie mi się przyglądał i nie wiedziałam, czy powinnam zakładać, że bez słowa obserwował mnie od jakiegoś czasu i czekał aż samoistnie wstanę, czy też nie dostrzegł mnie na horyzoncie i przywykł do świadomości, że na dzisiejszy trening jedzie jednak sam.
Taki był plan – odparłam natychmiast, kiwając przy tym głową. – Choć niewiele mi brakowało, żeby go przespać.
Przecież nie musisz iść.
Przecież o tym wiem – dopowiedziałam, spoglądając na niego porozumiewawczo. – Powinieneś powiedzieć raczej, że i tak dobrze się trzymam jak na tak wczesną porę.
Patrzył przed siebie, ale w jego oczach zauważyłam wstępującą pobłażliwość. Kiedy delikatnie ściągnął brwi, spojrzałam w tym samym kierunku co on.
Jedzie. Masz ostatnią szansę, żeby się zastanowić – odpowiedział oznajmująco, patrząc na pojazd, który podjeżdżał pod krawężnik. W odpowiedzi jedynie przeszłam tuż przed nim, kiedy zostawił mi miejsce na ewentualne przejście.
Za późno. Musiałabym w ogóle nie ruszyć się z łóżka.

Ciągnęłam się za Kagamim ospale krokiem, podczas kiedy jego długie nogi przebierały w niezmiennym i szybkim tempie, jak gdyby wyjątkowo mocno się spieszył. Dotrzymywaniu mu kroku utrudniały mi pojedyncze ziewnięcia, których nie potrafiłam okiełznać. Przy którymś z nich chłopak zerknął na mnie kontrolnie, po czym przyspieszył na widok hali liceum zza miniętych drzew. Niemal jeszcze śnieżnobiałe, wyraźnie zarysowane na tle bezchmurnego nieba, niezniszczone i świeże, potwierdzały swój krótki wiek istnienia.
Przechodząc przez wejście główne, znaleźliśmy się na korytarzu z szeregiem drzwi, prowadzących najprawdopodobniej do kilku szatni. Instruując mnie, by udać się prosto i zająć którekolwiek miejsce na trybunach, gdyż Minako raczej jeszcze nie będzie, wcisnął mi coś do ręki i odwracając się, odburknął jeszcze.
Zjedz go od razu. Energetyzujący.
W palcach ściskałam owsianego batonika z żurawiną oraz polewą z białej czekolady. Odszedł, a ja ze zdziwieniem wpatrywałam się w jego plecy, które oddalały się ode mnie, a na moje podziękowanie jedynie skinął głową znacząco, rozpinając zamek dresowej bluzy w wejściu i niknąc za białą ścianą.
Przemknęłam w wyznaczonym mi przez niego kierunku, wkraczając na boisko. Siedzenia były rozpostarte po trzech stronach. Skręciłam na lewo i wspięłam się kilka stopni. Brązowy, szmaciany plecak i ciemna dżinsówka wylądowały na siedzeniu obok mnie. Otworzyłam otrzymany przed momentem smakołyk i wysunęłam go z opakowania, czując słodką, jogurtową woń. Nadgryzłam go na próbę, oblizując wargi, po czym skonsumowałam w całości w zaledwie kilku kęsach.
W którymś momencie Taiga wraz z kilkoma chłopcami weszli na boisko i zaczęli rozgrzewkę. Nie czułabym się źle, gdyby nie fakt, że byłam jedyną osobą obserwującą ich z boku i zarazem w zasadzie zupełnie nieznaną. Odnotowałam kilkukrotne, kontrolne spojrzenie każdego kumpla Taigi, po czym wyciągnęłam telefon i wpatrywałam się w niego uporczywie, zanim ten rodzaj inwigilacji miałby wprawić mnie w zakłopotanie.
Jesteś, Mia – usłyszałam nad głową. Postać dziewczyny zalawirowała mi nad głową, kiedy schodziła o rząd krzesełek niżej, by znaleźć się tuż obok mnie. Jej wysoki, długi kucyk chybotał się na boki.
Tylko cudem.
Coś się stało? – zapytała z niepokojem.
Udało mi się zwlec z łóżka na czas – odparłam, zgniatając w dłoni papierek i poklepując wolne miejsce koło siebie. – Siadaj!
Brzmi jak spore wyzwanie – zaśmiała się cicho pod nosem i po chwili zsunęła się na krzesło, rozsiadając na nim. Potarła dłonie o jasne jeansy i rozeznała się ze składem osób znajdujących się na boisku, wodząc po nim szarymi tęczówkami.
Zawsze siedzisz tu zupełnie sama?
Czasami wpada jeszcze Momoi, ale nie będzie jej dzisiaj – wyznała, odstawiając plecak tuż przy nogach. – Kwestia przyzwyczajenia.
Jak było wczoraj? Długo siedzieliście w Maji? – zagaiłam, zmieniając temat. Splotłam palce i spoglądałam na nią z uwagą. Minako z kolei patrzyła prosto przed siebie.
Daiki zjadł wszystkie swoje burgery, potem mojego i wyszliśmy. Robimy tak co piątki, nic nowego – poprawiła okulary za pomocą łącznika, opartego o jej długi, wąski nos.
Dosłownie wywołałyśmy wilka z lasu. W tym samym momencie sylwetka Aomine pojawiła się zza białej futryny. Czekoladowa cera odznaczała się wyraźnie przy białej koszulce ze ściętymi rękawami, odsłaniającymi jego barki. Niechlujnie rzucił butelką z wodą na ziemię, która poturlała się hukiem aż do samej ściany. Niezachęcający wyraz jego twarzy sprawiał wrażenie, jak gdyby przyszedł tu wbrew sobie, choć ochoczym krokiem wtargnął na boisko i podniósł rękę ku górze, przygotowaną do przyjęcia podania.
Sakurai, podaj mi piłkę – wyrecytował wymagając, nie prosząc. W tym samym momencie struchlały chłopak o dłuższych, jasnobrązowych kosmkach, sterczących mu na całej głowie, bez zastanowienia wyrzucił piłkę w jego stronę. Aomine zareagował w sekundę i w drugą znalazł się przy koszu. Zawisł na obręczy, po czym wylądował na całych stopach z głośnym plaśnięciem o gumową posadzkę. Nikt go nie hamował, nikt chyba nawet nie chciał zareagować, by go powstrzymać, a miałam wrażenie, że nawet gdyby ktokolwiek to zrobił, cała tak akcja i tak wyglądałaby niemal identycznie. Niezachwiane i pewne siebie ruchy wydały mi się być aktorsko przerysowane, mimo że widziałam je właśnie na żywo. O wiele lżejsze niż Murasakibary, o wiele bardziej płynne niż u Tatsuyi. Niestaranne, ale dokładne. Kompilacja wszystkich jego zachowań niemal od razu przywiodła mi na myśl wrodzonego kompletu przeciwieństw, jakimi dysponował. Był chodzącą niewiadomą. Człowiekiem paradoksem, którego nie można było do końca przewidzieć. Skrywał jakieś nieokreślone emocje pod cała tą otoczką obojętności i arogancji, której doświadczyłam już wczoraj.
Zorientowałam się, że boleśnie marszczę czoło.
Znowu się spóźniłeś – ktoś o platynowych włosach w koszulce Too zwrócił mu uwagę. Na wiszącym wysoko, elektronicznym zegarze, było dokładnie piętnaście minut po ustalonej godzinie.
Zamknij się – parsknął jedynie, wracając się na środek boiska.
Zerknęłam na Minako kątem oka, która podpierała głowę o zgięty nadgarstek i doglądała całej sytuacji cierpliwie i bez cienia zaskoczenia.
A Ty? – Minako wróciła do tematu, rozgrzebanego chwilę wcześniej. – Jesteś tu pierwszy raz?
Nie miałam okazji być tu wcześniej – odparłam, poprawiając kosmyk włosów i zakładając go za ucho. Nie umiałam wytłumaczyć tego dosadniej. Nie wiedziałabym nawet, od czego w zasadzie powinnam zacząć.
Było zbyt wiele powodów, dla których nie byłam tu wcześniej i tylko jeden, dla którego się tu znalazłam – czysty przypadek. To on pokierował całą tą sytuacją, przez który zabrałam się tu z ledwo poznanym mi kolegą, co zapewne w oczach osób trzecich rysowało się zdecydowanie jednoznacznie. Przeszedł mnie dreszcz zażenowania, że mój egoizm potrafił doprowadzać do tak niezręcznych sytuacji. Bo problem leżał w tym, że chciałam tu przyjść. Cholernie cieszyłam się na samo zaproszenie i fakt, że mogę w końcu gdzieś sensownie wyfrunąć z mojego tymczasowego pokoju.
Mieszkam w Akicie – dodałam po pewnym czasie. – Ale zamierzam wpadać tu co jakiś czas, do przyjaciela.
Minako zerknęła na mnie kontrolnie, uśmiechnęła się przyjaźnie i kiwnęła głową w zrozumieniu. Momentalnie skuliła się ku podłodze i sięgnęła z leżącego przy jej nogach plecaka czarny, wypchany pokrowiec. Wyjęła lustrzankę Nikona i obróciła go w palach, odsłaniając przy tym. Przesunęła opuszką po włączniku i zaczęła majstrować przy ustawieniach na obracanej rolce.
Robisz zdjęcia? – zapytałam o oczywistość tylko po to, by znowu ją zagadać. Chyba trafnie odnotowałam jej tendencje względem pewnego podobieństwa do Phoebe. Obie były raczej stonowane, statyczne. Nie mówiły, kiedy nie czuły potrzeby, ale to znaczyło to, że są nieśmiałe czy przesadnie ciche. Czułam się w jakiś sposób zobowiązana do podtrzymywania rozmowy, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że momentami walczyłam z ochotą rozłożenia się na ciasnych, plastikowych krzesełkach i przymknięcia oczu na kilka minut. Chciałam w jakiś sposób otworzyć ją na siebie, a równocześnie starałam się pokonać jak najszybciej rzadko spotykany u mnie przypływ senności.
Kiedy tylko mogę. Lubię to… bardzo – odpowiedziała, przysuwając aparat do twarzy i naciskając guzik. Narzuciła smyczkę za szyję i wróciła do poprawiania ustawień technicznych oraz sprawdzania ich na bieżąco w podglądzie.
Jest coś jeszcze? Coś, co lubisz? – zapytałam, spoglądając na nią. Zanim zastygła na sekundę w bezruchu, pstryknęła pojedynczą fotkę i z delikatnie rozwartymi, bladymi ustami, odsunęła sprzęt sprzed swojej twarzy. Spoglądała na boisko z nieco rozbitym wyrazem twarzy.
Imaizumi, schowaj ten aparat, bo za chwilę będziesz zbierać go z podłogi – dobiegło z dołu.
Sylwetka Aomine stała przodem, patrząc z niesmakiem w naszą stronę. Zadzierał głowę do góry i świdrował wzrokiem Minako. Odruchowo przeniosłam wzrok na bok, dostrzegając Kagamiego, który patrzył z uwagą na całą naszą trójkę. Zabieg, trwający może pięć sekund, przerwał przelotnym, podgardliwym spojrzeniem i cichym komentarzem zachowania Aomine, po czym zaczął truchtać w stronę swojego kosza. Podrapał się po spoconym karku i przeczesał palcami tył bordowych, krótkich włosów.
Naleśniki – odpowiedziała nagle. – Je t lubię robić – oparła nadgarstki o uda i przejrzała folder z wykonanymi ujęciami, kasując kilka z nich. – I wiele innych rzeczy. Ogólnie podoba mi się przygotowywanie jedzenia i jego konsumpcja.
Zaśmiałam się pojedynczo pod nosem, przerzucając do tyłu włosy i podciągając nogi na krawędź krzesła, przycisnęłam je do klatki piersiowej i zaczęłam huśtać się minimalnie.
Dałabym wiele za naleśnika z parówką. Wegetariańska kuchnia mojej współlokatorki powoli mnie wykańcza – wyznałam.
Możemy je kiedyś zrobić, ale bez tamtych dwoje – porozumiewawczo kiwnęła w stronę boiska.
Nie byli w ogóle w planach – odparłam, dodając zaraz. – Skoczę po kawę.
Zdecydowałam się w końcu na tek krok, schodząc pomiędzy rzędami krzeseł i czując na sobie wzrok trenujących. Udałam się do automatu, wybierając opcję macchiato z wanilią i odczytałam kolejna lawinę wiadomości od Chloe, dwóch od Phoebe i trzy wiadomości mamy z załączonym zdjęciem jej, taty i Klawisza na spacerze.
Kiedy wróciłam, Minako dalej bawiła się swoim aparatem, zajadając w międzyczasie solone orzeszki. W międzyczasie zapytała i mnie o moje zainteresowania, które przedstawiłam jej z nadgorliwą dokładnością. Płyn prawdopodobnie zacząć powoli przywracać prawdziwą mnie do użytku. Wokół nas roznosił się zapach kawy, mleka i cukru.
W którymś momencie niskie warknięcie Aomine rozległo się po sali. Zszedł z boiska, udając się najwyraźniej do szatni i nie wrócił przez kolejne pięć minut. Wtedy też telefon mojej towarzyszki zawibrował dwa razy, prawdopodobnie zwiastując nową wiadomość. Przesunęła palcem po wyświetlaczu, odblokowując ekran z czarno-białą fotografią. Chwilę później chwyciła plecak i wpakowała do niego swój sprzęt, dopięła suwak do końca i poderwała się z siedzenia.
Wybacz, muszę lecieć. Aomine...wyjaśniła, nie kończąc celowo. Jego nazwisko było wytłumaczeniem samym w sobie. – Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo.
Raczej dopiero po wakacjach. Wracam do domu na cały miesiąc.
Myślałam, że zostaniesz chociaż na urodzinach. Słyszałam od Yosuke, że planują coś dużego.
Jakich urodzinach? Jaki Yosuke? Miałam ochotę dowiedzieć się więcej, ale Minako wyraźnie zależało na jak najszybsze zebranie się z tego miejsca. Przerzuciła już pasek plecaka przed ramię i stała, w pełni gotowa.
Komu będą wyprawiać urodziny?
Kagamiemu. Coś na zasadzie niespodzianki.
No tak. Szlag.
Zobaczę, co da się zrobić. Leć już! – pospieszyłam ją.
Dziękuję za towarzystwo, Mia – odparła jedynie, po czym machnęła mi dłonią i zwróciła w stronę przejścia na trybunie.
Czułam się dziwnie, bo poza tym, że wyparłam tę informację kompletnie ze swojej świadomości od momentu wręczenia mu prezentu Tatsuyi, w ogólnie nie uwzględniłam tego faktu podczas bukowania biletu. Nawet nie przeszło mi to przez głowę. Momentalnie zalała mnie fala wszystkich faktów, łącznie z tym, że nie miałam już fizycznej możliwości pogodzenia tych dwóch czynności ze sobą tak, by nie kolidowały, a przy tym jedna nie uniemożliwiała drugiej. Czułam jakiś dziwny rodzaj zawodu, który mogłam zafundować nie tylko mu, ale już teraz sprawiłam samej sobie.
Zerknęłam na niego. Klepnął po ramieniu innego zawodnika o kruczych włosach, bystrym wzroku w jasnych tęczówkach i ciemnofioletowej koszulce, po czym wytarł spodem dłoni wilgotne czoło, a mój umysł w tym czasie poddał sytuację kolejnej analizie, przez co nieświadomie zawiesiłam na nim wzrok na całkiem długie dziesięć sekund. Wtedy zauważył to kątem oka. Odwzajemnił uwagę i w momencie, w którym się ocknęłam, nerwowo unosząc styropianowy kubek z kawą do ust, posłał mi pojedynczy, krótki, porozumiewawczy uśmiech i pognał przed siebie.

Nie nudziłaś się? – zapytał mnie kilkanaście kroków od głównego wejścia hali, podczas kiedy dopijał ostatnie krople izotonicznego napoju, o zachęcającej, landrynkowej barwie.
Nie. Od momentu, w którym poszła Minako, odpisałam na wszystkie zalegające mi od tygodni wiadomości na Messenger’ze. Mam to wreszcie z głowy.
Choć spraw na boisku doglądałam także. Być może nie zdawał sobie sprawy albo nie łączył faktów, że byłam do tego przyzwyczajona i łączyło mnie z tym wiele sentymentu w związku z moją relacją z Himuro. Bywały nie tylko wieczory, ale i całe dnie, które przesiadywałam pod płotem z metalowej siatki, jadłam, piłam, grałam i sama biegałam tuż obok, podczas kiedy on stawał się coraz lepszy w swoich rzutach. Być może nie odnotowywał tego zbyt często, bo był wyjątkowo mocno pochłonięty grze podczas ostatnich dwudziestu minut. Włożył w nie chyba ostatnie pokłady swoich sił, skacząc niemiłosiernie wysoko i wsadzając okołu piętnastu piłek.
Chrząknął pod nosem, co w rzeczywistości miało być chyba oznaką tego, że próbował się zaśmiać.
Przepraszam za poranek – wyparował nagle. Przewiesił swoją szarą bluzę przez szyję i przytrzymywał ją za skrawek rękawa. Było w zasadzie około godziny dwunastej i zrobiło się naprawdę upalnie.
Nie wiem, o czym mówisz, Taiga – najpoważniej nie miałam pojęcia, do czego nawiązuje. Zerknęłam na niego, unosząc głowę oraz minimalnie brwi ku górze.
Myślałem, że idziesz tam z grzeczności. Że nie chciałaś zrobić przykrości mi czy Minako.
Dlaczego niby miałabym zmuszać się do czegoś takiego? Po prostu się nie wyspałam...
Nie ma nic ciekawego w oglądaniu meczu – oznajmił mi. Pokręciłam głową z niekontrolowanym uśmiechem, który wstąpił mi na usta.
Mówisz to, bo nie umiesz usiedzieć na ławce. Jeśli ktoś nie zajmuje się koszykówką, nie ma ochoty bez przerwy w niego grać, Kagami – wytłumaczyłam mu to ze swojej strony. Prawdopodobnie nie wyobrażał sobie tego rodzaju poglądu, będąc całkowicie jej oddanym.
Przetarł oczy i nadal nieco wilgotne czoło. Miałam wrażenie, że jego ciało bucha i paruje dwukrotnie mocniej, kiedy bezpośrednio oddziałuje na nim słońce. Biała koszulka lepiła się do jego świecącego, wilgotnego ciała i wyraźnie zarysowanych mięśni ramion.
Być może. To po prostu nudne.
Nie, nie jest nudne. Są ludzie, którzy lubią po prostu oglądać sport. Ty masz robić, żeby mieli co oglądać.
Rozwarł delikatnie usta i przemierzał wzrokiem po drzewach, które mijaliśmy idąc alejką. Zamilkł jednak, choć czekałam na kolejną, przeciwwstawną odpowiedź.
Nie chcesz czegoś zjeść, Mia? – zapytał nagle.
Tak, pewnie. Rano nie miałam na to siły – odparłam zgodnie z prawdą. –
Chcesz iść do Maji czy gdzieś indziej? – dopytał ponownie, a ja zaśmiałam się w duchu nie wiedząc, czy pierwsza część pytania była sugestią wobec mnie czy jego własnych upodobań.
Przerzuciłam włosy na jeden bok i zaczesałam palcami kosmki opadające mi na czoło. Ich gęstość była barierą nieprzepuszczalną dla tlenu, dlatego karciłam się właśnie, że nie wzięłam ze sobą gumki. Tej samej, którą wczoraj specjalnie przyniósł mi Taiga.
Wyselekcjonowałam, że miałam ochotę na mięso, dużo mięsa. Wczoraj, pomimo zapchania się brązowym ryżem i kotlecikami z tofu, czułam swego rodzaju pustkę w żołądku.
Do Maji – odparłam.


Przepraszam za zwlekanie z tą kanoniczną częścią bloga. Oddaje wam rozdział dłuższy niż zwykle, a w następnym będę chciała wrzucić już coś dobitnego, bo sama bym chciała, żeby coś tam się powoli zaczęło dziać.
Gdyby ktoś zauważył jakieś niedopięcie to przepraszam, ale taka jedna Moira Lunn jest trochę ZMIENNA JAK WIATR (<33333 :*;;*;**; kC) i nie dogadałyśmy się w końcu względem spojenia naszych blogów. Tzn, z nią się nie da XD (kC.!!!!!11 ;*;*;;*;*;*;*;*), bo ciągle zmienia wersje, że w końcu postanowiłyśmy pisać to osobno, jedynie za wykorzystaniem naszych postaci. Poza tym dzięki temu mamy większe pole do popisu. Skolidowane ze sobą będą jakieś większe wydarzenia, takie a la jednopartóweczki.
Jeszcze raz przepraszam na szablon, jest tak niedociągnięty, że nie mogę na niego patrzeć, ale boję się, że ładowanie i poprawianie starego zajmie mi za dużo czasu. Mam nadzieję jednak, że jakoś się łapicie. Aha, a jak jesteście na telefonach, to najlepiej sugerujcie się etykietami, gdybyście nie mogli się połapać. Głowna historia to lato, Harry Potterysiowe maja hasztag alternatywa. Dla ułatwienia ponumeruję rozdziały przynajmniej do czasu, w którym szablon będzie bardziej przejrzysty. :-D