Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty

4 lutego 2018

3. Zawsze mogło być gorzej




Byłoby szybciej, gdyby nie HP i Zakon Feniksa wczoraj w tv, który w międzyczasie oglądałam, ale wczułam się bardziej w klimat. XD Ano i ech, wiem, że to ta mniej pożądana część bloga, ale mam na to więcej zapału, bo zabierałam się za trzynastkę i coś nie mogę się przemóc. A i przepraszam, jeśli gdzieś tam pomyliłam kafla z tłuczkiem – dopiero pod koniec skapnęłam się, że to o to pierwsze mi chodzi. xD 


To była nieprawda. Wszystko co obiecano mi, kiedy znalazłam się na oddziale szpitalnym i wyłam z bólu, było się bujdą. Nie było żadnego znieczulenia. Jako pierwszy podano mi płyn, który okazał brutalnym środkiem na zrośnięcie żebra i tylko spotęgował moje wrzaski na dobre pół godziny. W szklance, której rzekomo miała znajdować się czysta woda, Pani Pomfrey rozpuściła mi tabletki, mające powodować szybsze gojenie się siniaków, jakie powstały na narządach. Od natłoku wszystkich nienaturalnie leczących mnie substancji, bezustannie bolała mnie głowa, a ich potworny smak przyprawiał mnie przy każdym łyku o odruchy wymiotne. Na koniec z kolei potraktowano mnie zaklęciem, które błyskawicznie pogrążyło mnie w mocnym śnie.
Wałkowałam z przerażeniem wspomnienia, bo obudziłam się z tym samym, obrzydliwym posmakiem w buzi, wytrącona jękami nowego pacjenta, którego położono na drugim końcu sali. Usiadłam na łóżku i przemieliłam kilkukrotnie językiem po policzkach i zębach, a momentalnie przy mojej pryczy zjawiła się dziewczyna o długich, czarnych włosach, spiętych w wysoką kitę. Mimo że chwile po wypadku pamiętałam jak przez mgłę, skojarzyłam, że to ta sama Puchonka, która wówczas słusznie zdiagnozowała moje usterki. Tym razem jednak nie miała charakterystycznego szalika, a białą przepaskę na ramieniu.
– Jak się czujesz? – zapytała, kładąc na małej komódce srebrną tacę z naczyniami. Zanosiło się na kolejną porcję lekarstw, ale przy tym też ciepłą, zieloną herbatę i naleśniki na obiad.
– W porządku – przetarłam oczy i dodałam zdziwiona, kiedy zauważyłam, że za oknami robiło się buro. – Przespałam cały dzień?
– Prawie – odparła – Jest chwilę po siedemnastej. Spałaś zaledwie ponad dobę.
– To i tak całkiem sporo.
– Najlepsi dobijali do pięciu dni – skomentowała, poprawiając okulary i zagięte rękawy szaty. – Dolegają ci jakieś bóle?
– Nie. Jak gdyby nic się stało – nieco naciągnęłam prawdę, bo prostując ręce i przeciągając całe ciało, czułam się nieco sztywniejsza w kilku konkretnych miejscach, ale zdecydowanie nie było to nic, co mogłoby mi utrudniać samodzielne funkcjonowanie.
– Musisz zostać na obserwacji jeszcze do jutrzejszego ranka. To decyzja Pani Pomfrey – odechciało mi się męczyć ją prośbami o wskóranie czegokolwiek, bym mogła wyjść stąd szybciej, bo najwidoczniej nie miałam na to szans. Kwitując to zdanie poddańczym westchnięciem, opadłam na oparcie łóżka. Dziewczyna w międzyczasie zaczęła wykładać nowe naczynia i zabierać zużyte.
– Dziękuję…ci – zawiesiłam się, kiedy zaczęła odchodzić w stronę wyjścia na zaplecze.
– Jestem Minako – i na wpół obrócona, dodała jeszcze, widocznie przypominając sobie – Byli tu twoi bracia i jakieś znajome deklarując, że wpadną tu wieczorem, żeby sprawdzić, czy się przebudzisz. Do górnej szuflady z kolei włożyłam prezent, który ktoś zostawił ci wczorajszej nocy.
Zapominając o szaleńczym głodzie i pragnieniu, w pierwszej kolejności sięgnęłam do komódki i wysunęłam wskazaną szufladę. Pudełko, przewiązane aksamitną, czerwoną wstążką, z której na górze spleciono kokardę było jedynym, co się w nim znajdowało. Zanim wzięłam je w dłonie, odnotowałam jeszcze wetkniętą w nie kartkę, z krótkim tekstem, wypisanym tak wielkimi literami, że można było z odległości wyczytać ich treść.

Przepraszam za tamto – Kagami.

Chaotyczny i niechlujny charakter pisma niemal z miejsca potwierdził mi nadawcę. Taki właśnie wydawał mi się on sam – rozkojarzony, niedbały, a przy tym dziecinny. Przypominał nieco napakowanego głupka, który nigdy nie potrafił trafnie odpowiedzieć na pytania profesorów i zawsze był nie do końca zorientowany, co powinien robić. Obrywało mu się za to na forum całej klasy, poza nauką latania na miotle, bo w niczym więcej nie był orłem. Nadrabiał swoje braki umiejętnościami, jakimi z miejsca dostał się do drużyny i królował wśród drużyny Gryffindoru, będąc ich zdecydowanym faworytem, znanym przy tym na całą szkołę. Tym samym Kagami Taiga wydawał mi się być właśnie taki, jak charakter jego pisma – tym bardziej, że przecież jeszcze wczoraj w jakiś niemagiczny sposób porządnie przyłożył mi kaflem.
Zdarłam folię i otworzyłam górną część pudełka licząc w duchu, że wytrwam kolejną noc i następną spędzę już w swojej komnacie. Jednak to nie ona stanowiła wyzwanie, a wieczór.
Idealne dwie godziny Chloë zdawała mi relacje z wszelkich rewelacji minionego dnia, które nie były dla mnie niczym szczególnym, ale w jej opinii najwyraźniej zostały uznane za warte szczególnej uwagi. Zdzierała plotki jak szpachelka – zupełnie tak, jak gdyby było to jej hobby, a zarazem przychodziło do niej samoistnie niczym przyciągane na magnez. Miała do tego swego rodzaju talent – zdolność świetnej obserwacji terenu, porównywalnej do mugolskiego skanera, gumowe ucho i rozbudowany system umiejętności nawiązywania kontaktów łącznie z docieraniem do odpowiednich wtyk. Kiedy byłam młodsza, podzielałam jej zaabsorbowanie tym rodzajem sportu, jednak z czasem zdążyłam chyba z tego wyrosnąć – ona najwidoczniej nie miała już nigdy. Na szczęście potem dołączyła do nas Phoebe, która zdołała nieco urozmaicić naszą rozmowę, a po kolejnej godzinie siłą zgarnęła naszą przyjaciółkę, by, zgodnie z poleceniami pielęgniarek, dać mi odetchnąć.

Następnego dnia, którego mogłam wrócić do normalnego życia, od samego śniadania wpadały na mnie sylwetki znajomych, zasypujące mnie pytaniami o samopoczucie. Zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo ta sensacja rozniosła się po całej szkole i jakiemu procentowi całej tej szopki przyczynia się Chloë. W zestawieniu z faktem, że należała do tego samego Domu, co sprawca całego zdarzenia, za każdym razem, kiedy ujrzałam gdzieś bordowo-żółte szale, czułam się dziwnie niezręcznie.
Nie mogłam chyba jednak tego uniknąć, bo zwracałam na siebie wyjątkowo dużo uwagi, a dla nieokreślonego grona osób na co dzień wystarczyła moja sterta poskręcanych włosów na głowie, by odnaleźć mnie w tłumie. Pierwszym sygnałem, świadczącym o zakłóceniach, był zdumiony wzrok Phoebe, Lisy i Maisie, który powiódł nagle dobre pół metra za mną, a potem ciche przywitanie, które dawało mi pewność, z czyich ust padło.
– Hej, Mia.
Odwróciłam się jak porażona tymi słowami, mimo że ton miał spokojniejszy niż kiedykolwiek dane mi było słyszeć. Zazwyczaj bowiem musiał się z czegoś tłumaczyć i robił to zwykle lekko napięty.
– Cześć, Kagami – odparłam zdawkowo.
– Jak się czujesz? – kiedy zapytał, poczułam, że powietrze za mną zelżało. Byłam pewna, że dziewczyny, w tym moja szanowna przyjaciółka, ulotniły się, kiedy tylko wyczuły, że wypada zostawić nas samych, choć w duchu liczyłam na to, że chociaż ona wybada moją potrzebę jej mentalnego wsparcia. Chloë nigdy by mi tego nie zrobiła, choć z drugiej strony byłam wdzięczna, że nie było jej obok. Prawdopodobnie nie dawała Kagamiemu wytchnienia w pokoju wspólnym ich Domu, a w zaistniałej sytuacji pewnie wyłupałaby mu oczy. Oczywiście, wszystko z całkowitej troski o mnie.
– Żyję i nawet chodzę, więc jak najbardziej na plus – odpowiedziałam niedbale. Wyglądał na nieco zbitego z pantałyku, jakiego nie widziałam go chyba nigdy. Zwykle wykłócał się nawet nie mając racji, więc zakładałam, że niejedna czarownica dałaby sobie uciąć rękę za ten widok głównego ścigającego.
– Jak to wygląda? – wypalił nagle.
– Co takiego?
– No… gojenie.
– Chcesz mi zajrzeć pod szatę, Taiga?
– Nie – zmieszał się, pomagając sobie rękami w geście zaprzeczenia. Na niekorzyść miał ten typ urody, że momentalnie robił się na twarzy czerwony jak jego włosy. – Chodzi mi tylko o twoją relację. Pani Pomfrey nie miała czasu, by opowiedzieć mi dokładniej – wyjaśnił, świdrując mnie z poczuciem winy. Zbył mnie fakt, że wypytywał kobietę o szczegóły.
– Właściwie to nic nie widać – skłamałam. To prawdopodobnie przez drugą i trzecią porcję leku, której nie zażyłam, wylewając zawartość kolejnych szklanek przez okno, siniaki pod żebrami przybrały koloru żółtego, jednak na tym ich szybkie tempo gojenia ustało. Ponadto zaczęłam się zastanawiać, że w zasadzie nie mam żadnego celu, by obwiniać chłopaka dłużej za ten wypadek i nie czuję żadnego żalu. Możliwe, że to lawina wszystkich obelg Chloë, jakie w niego wycelowała, dawała mi automatyczną sugestię. – Dali mi same mocne świństwa, które uporały się z tym momentalnie. Właściwie to nie ma o czym gadać.
– Naprawdę? – nie krył zaskoczenia. Pomyślałam przez chwilę, że pewnie nie wierzy, ale nie wydawał mi się typem, którego długo by przekonywać do takich błahostek. Byłam pewna, że jego umysł, nastawiony na wieczną rywalizację z Aomine Daikim, wyprze ten fakt ze świadomości na dwa tygodnie przed następnym meczem ze Ślizgonami.
– Tak. Po prostu zamknijmy ten temat – skwitowałam prosto.
– Poważnie? – jego krzykliwe, krzaczaste brwi uniosły się w zdumieniu ku górze.
– Stało się i koniec, Taiga. Nie ma co tego rozgrzebywać – zapewniałam go, maskując pojedyncze ukłucie pod mostkiem, które jakby upominało się o swoje. – Postaram się więcej nie wpaść więcej na tor lotu twoich kafli i myślę, że to się więcej nie powtórzy.
A przynajmniej miałam taką nadzieję. Tu już nawet nie chodziło o mnie, ale bardziej o niego. Co prawda, takie przypadki zdarzały się sporadycznie, ale mogłoby to trwale zaszkodzić jego reputacji czy pozycji w drużynie. A gdyby znowu miało chodzić o mnie, stuprocentowo czekałby go problem w postaci mojego najstarszego brata, o ile już go nie dotyczył. 
– Tak, jasne – wymamrotał, pocierając dłonią o kark i motając się przez chwilę, jak gdyby nie wiedział co zrobić. – To na razie, Mia.
Zaczął się wycofywać. Jakby nie do końca przekonany, nie widział lepszego rozwiązania, by przerwać niezręczną ciszę, ale nie było to coś, co w zupełności chciał robić.
– Ej – rzuciłam zupełnie spontanicznie – dzięki za fasolki.
Zatrzymał się i zwrócił do mnie twarzą, na której pierwszy raz podczas naszej rozmowy, pojawił się łagodny uśmiech, choć w pierwszej chwili przypuszczałam, że wyprze się tego gestu.
– Mam nadzieję, że smakowały – dodał, wyraźnie usatysfakcjonowany, że trafił z prezentem.
Nie chciałam mówić na głos, że trafiła mi się cała masa waniliowych, których smak jest najmniej pożądany przez dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa, pięć o smaku wymiocin, trzy zgniłe jaja, a potem już zwyczajnie bałam się próbować dalej.
Zmieniłam temat, bo akurat zauważyłam kątem oka, jak Kise Ryōta dźgnął łokciem bok rozbawionego Takao, nie spuszczając z nas wzroku. Chwilę później przeanalizowałam, że za plecami Taigi stoi cały szereg Gryfonów, przyglądających się naszej rozmowie i dyskutujących żywo. Miałam wrażenie, że obraz idealnie odbił się na mojej twarzy, bo Kagami zerknął za siebie kontrolnie.
– Chyba na ciebie czekają.
– Fakt, muszę lecieć. Trzymaj się, Mia – rzucił na odchodne, pośpiesznie krocząc w stronę kumpli, którzy wyraźnie czekali na jego sprawozdanie, nawet nie siląc się na jakąkolwiek dyskrecję. Zniknął za moment pośród kolegów, a Kazunari zarzucił mu dłoń na kark dokładnie w tej samej chwili, w której i ja poczułam na swoim barku czyjąś rękę.
– Dałabyś mu szansę – usłyszałam. Spokojny, radosny głos należał naturalnie do mojego brata – nie zmieniał się nigdy, nawet w zależności od nastroju. Tak samo też niemal zawsze szczerzył się szeroko, ukazując rząd równiutkich zębów.
– Jaki kolejny, niezdrowy pomysł powstał w twojej głowie? – odpowiedziałam mu pytaniem, choć wiedziałam do czego zmierzał. Uwielbiał głupio podpuszczać mnie w kwestii relacji damsko-męskich, często bez podstaw i jakiegokolwiek sensu, kiedy dla porównania Matt zamknąłby mnie w jakiejś chatce w Zakazanym Lesie na kilkadziesiąt kłódek, by uchronić przed każdym śmiałkiem. Podejrzewałam jednak, że gdyby przyszłoby mu traktować któregoś kandydata poważniej, Shōn pomógłby starszemu w zastawianiu wnyk i wrzucaniu wszystkich kluczyków do grząskiego bagna.
– Byłaś zbyt oschła – stwierdził, stając obok mnie i przewiesił mi się na szyi.
– Byłam miła – podkreśliłam to, siląc się na dosadne przeliterowanie. – Nie chcę, żeby chłopak robił sobie dodatkowego zachodu.
– Niekoniecznie o to może w tym chodzić – odezwał się niczym wyrocznia.
– A niby o co innego?
– Nie jestem do końca przekonany, że tylko o to, o czym myślisz – poklepał mnie sugestywnie po uszkodzonym boku. To dlatego w jego głosie od samego początku słyszałam dziwną satysfakcję i niezrozumiałe cwaniactwo, a usta wykrzywiał w dwuznacznym uśmiechu. Kochałam go, ale też nienawidziłam, kiedy wykorzystywał na mnie swoje dziwne sztuczki, opatentowane na niespokrewnione z nim dziewczyny. Shōn być może faktycznie stanowił swego rodzaju ideał – był bystry, szybki, zorganizowany i ponadprzeciętny we wszystkim, czego się dotknął. Wiecznie uśmiechnięty, przykuwał uwagę i z relacji samej Chloë, był po prostu szalenie czarujący, Mia, dokładając mi współczuć, że mogę być tylko jego siostrą. Dodatkowo posiadał jakieś swoiste instynkty, które wykorzystywał na ludziach, by pozyskać to, na czym mu zależało. Tylko w zupełności nie wiedziałam, dlaczego stosował to także na mnie – w końcu znałam go od poszewki, wiedziałam o nim więcej i miałam pewnego rodzaju asy w rękawie.
– Mówisz jakbyś coś wiedział – wyparowałam od razu, patrząc prosto przed siebie.
– Może wiem.
– Shōn – nadepnęłam obcasikiem na jego but, trafiając chyba na dużego palca i dodając – mówisz albo znikasz.
– Po prostu bądź mniej zapobiegawcza. Porozmawiaj z nim jak dziewczyna.
W odruchu wywróciłam oczami. Przecież bezustannie nią byłam.
– Jakim cudem w ogóle zdołałeś cokolwiek usłyszeć?
Machnął mi przed nosem swoją różdżką z czerwonego dębu i włóknem ze smoczego serca na tyle teatralnie, bym mogła się domyślić, że zdobył jakieś zaklęcie, którym zamierzał mnie i torturować, jak i niedalekiej przyszłości także szantażować.

– Znikam, Mia – zanim mnie wyminął, klepnął jeszcze kilkukrotnie po barku, jakby na pokrzepienie i podążył wraz z tłumem, który zapychał cały korytarz.


W ogóle to mam wrażenie, że pozmieniałam im charaktery nieco, naciągnęłam je jakby. Ale to chyba podświadomie, by relacja nie wyglądała na podobną do tej pierwotnej historii i w ogóle. Mam nadzieję, że nie przesadziłam, chociaaż, tu chyba będzie więcej przesad, jeśli już. I o stokroć szybciej niż tam, to też, bo tam się ślimaczyyy.

31 maja 2017

2. Problem do rozwiązania

– Nie celuje się w dziewczyny, Kagami – irytujący głos Kise roznosił się bezustannie. Najgorsze, że to był dopiero początek jego rzekomo pouczających rad, a w kwestii rozwodzenia się nad niepotrzebnymi tematami ten typ był akurat górujący. Tym bardziej, że wyjątkowo mocno zależało mi na tym, by nikt, nawet z pokojów obok, nie usłyszał czegokolwiek z tej rozmowy. W naszym akurat byliśmy sami. Pozostała dwójka szlajała się prawdopodobnie gdzieś po obiedzie albo siedziała w bibliotece.
– Kise, ile razy mam ci powtarzać...
– Ale zrobiłeś to – przerwał mi, mówiąc swoje, w kółko, bez celu. Jak zwykle zresztą.
– To ten pieprzony Aomine – wyznałem, podpierając głowę na dłoniach i siedząc tak przygarbiony na swoim łóżku. Za każdym, cholernym razem, kiedy musieliśmy oddać im boisko, nie tyle cała banda Ślizgonów, co on jeden potrafił doprowadzać do szału jednym głupim gestem czy zdaniem. Tym razem spełzło na ukróceniu naszego treningu kosztem ich i to o całe czterdzieści minut, co nie pozwoliło nawet rozegrać do końca naszej rozgrywki. Dlatego w przypływie furii, bezmyślnie chwyciłem kafla chcąc, by trafił jak najdalej i sami musieli go sobie przynieść. Zanim ktokolwiek mnie uprzedził, zdążyłem wziąć zamach i wypuścić piłkę, celując szybko i zupełnie na oślep. Szlag, dlaczego musiała akurat tam stać? I dlaczego właśnie akurat ona?
– Musisz jej to wytłumaczyć, Kagami.
– Myślisz, że uwierzy? – zapytałem wątpliwie, choć w pewnych kwestiach kobiet Kise może faktycznie był bardziej pojętny. W końcu same pchały mu się w ramiona, nie wiedząc zupełnie dlaczego, bo przecież zachowywał się jak pajac, a przy nich ta tendencja jedynie rosła. Mimo wszystko jednak miał do czynienia z całkiem sporą ilością. Na pewno większą ode mnie. I tym samym o wiele większe doświadczenie.
– Kagami, to dziewczyny – wyjaśnił z westchnięciem. – One za bardzo nie ufają facetom.
– Do cholery jasnej, Kise, więc o co ci chodzi?
– Musisz jakoś z tego wybrnąć – wyjaśnił mi oczywistość. Nie, jednak był beznadziejny nawet w czymś, co teoretycznie powinien pojąć przez tyle przewiniętych przypadków. – Tak, żeby nie ucierpiało na tym ani twoje imię, ani całej drużyny
– Załatwię to po swojemu – rzuciłem, puszczając mimo uszu jego kąśliwą uwagę. Do tego słuszną uwagę.
– Kagami, nie możesz! Zrobisz to źle!
Jakim cudem jeszcze z nim rozmawiałem?
– Mam to gdzieś, Kise – wyjaśniłem. Poza tym doskonale wiedział, że jego opinia na tym nie straci. Bał się na zapas, tchórz. 
– Przez jeden incydent z zupełnie nieznaną Krukonką?
– Nie jest obca – wyznałem, przeczesując włosy nad czołem. – Kojarzę ją.
– Nie wyglądało na to, żebyście się znali – podważył, kiwając głową i przypatrując mi się nadzwyczaj wnikliwie.
– Znam, ale tylko trochę...
Na jednej przerwie rozmawiałem z Himuro, któremu musiałem oddać notatki, gdyż jako że jest rok wyżej, poprosiłem go o nie dla własnego dobra. Mieliśmy w tym okresie duży nakład treningów, z kolei cały tydzień wcześniej leżałem w łóżku z gorączką, która nie pozwoliła mi się ruszyć i ogarnąć wszystkiego na czas. Z racji tego, że znamy się od dziecka, mimo przydziału do różnych domów nasza relacja na niczym za bardzo nie straciła. Jedynie poza boiskiem i rywalizacją na meczach, wszystko wygląda niemal identycznie, dlatego pożyczył mi je właściwie bez proszenia.
– Ej, wypadło to któremuś z was – zaczepiła nas wtedy, podchodząc zupełnie niezauważalnie i machając nam przed twarzami kawałkiem urwanego papieru. Nie miałem pojęcia, czym to było, ale istniało spore prawdopodobieństwo, że wydostało się z mojego zeszytu. Albo co gorsze – z tego pożyczonego od Tatsuyi.
– To raczej nie nasze – odparł Himuro, dodając. – Myślę, że można to wyrzucić.
Dziewczyna skrzywiła się do samej siebie i wzruszyła ramionami.
– Okej, musiało mi się wydawać – rzuciła nonszalancko, opuszczając wzrok i rękę.
– To moje – odpowiedziałem, by na wszelki wypadek przechwycić jej znalezisko i później skontrolować jego zawartość. Tym samym zdobyłem na chwilę jej uwagę. Ogarnęła moją twarz uważnym, analitycznym spojrzeniem, po czym jej wyraz kolejno najpierw złagodniał, a potem zupełnie zobojętniał. Kiwnęła pojedynczo głową.
– Taiga – mruknął Tatsuya, przymykając na moment oczy i uśmiechając się niemo. – Jak zwykle.
– Trzymaj – powiedziała zdecydowanie i wręczyła mi wymięty papier. Odebrałem go, podczas kiedy ona zdążyła się już odwrócić plecami i ruszyć przed siebie w stronę tej wiecznie cholernie głośnej Chloe i drugiej towarzyszki z długimi, bladobrązowymi włosami, spiętymi w wysoki kucyk oraz przynależącej do tego samego domu, co ona.
– Dzięki – dodałem szybko, zawieszając wzrok na dolnej części jej twarzy. Miała dość spiczastą brodę i niepełne usta, które ściągnięte ze sobą, przyprawiały jej twarz o poważny wyraz.
– Luz, nie ma sprawy – rzuciła w odpowiedzi, pozostawiając za sobą woń pomarańczy, a jasne, grube loki podskakiwały żywo na kontrastującej, czarnej szacie. Od tamtej w jakiś nieoceniony sposób wyłapuję ją od razu, kiedy tylko pojawia się na horyzoncie. Mimo nieodgadnionej twarzy i chłodnego spojrzenia, jej żywe gesty, którymi posługuje się podczas rozmowy z przyjaciółkami, ściągają na siebie moją uwagę i za każdym razem towarzyszy jej ten sam, cytrusowy zapach, jak i blond harmider na głowie.
– Kagami – przywołał mnie głos blondyna. – Nie witaliście się nigdy na korytarzu. Widziałbym przecież, chodzę z tobą cały czas...
– Nieważne, Kise – przerwałem mu, przełykając ślinę.
– Jest też z Ravenclaw, a to trochę zarozumialce. No i ma tam braci... – dodał niespodziewanie
– Załatwię to tak, że zapomni. 

Następnego ranka cudem przemknąłem niezauważalnie przez cały dom oraz kolejne korytarze do części szpitalnej. Było jeszcze dość wcześnie, dlatego też całkiem pusto w całej szkole. Finalnie nie miałem też problemu, żeby dostać się do środka i całe szczęście nie zastałem tam nikogo, oprócz Mii.
Tyle, że spała. Leżała, okryta pościelą z białej powłoczki i brązowym, wełnianym kocem na wierzchu. Jej delikatnie oliwkowa cera zdawała się być teraz blada przez snop wpadającego przez okno światła, a loki rozsypane były na całej szerokości poduszki. Miałem nieodpartą ochotę zajrzeć pod kołdrę, ale tylko po to, by skontrolować stan zbitego miejsca. W zwyczajny, ludzki sposób ciekawiło mnie to, jak wyglądało, czy było zagojone i czy nie sprawiało jej bólu. Nie odważyłbym się jednak tym bardziej, że nie miałem pewności, jak głęboko spała. Wyglądała jednak zdecydowanie lepiej – nabrała kolorów od momentu, w którym bezwładnie leżała na ziemi. Jej klatka piersiowa unosiła się wysoko i regularnie. Twarz nie skrywała nawet odrobiny grymasu jakiegokolwiek bólu.
Ulżyło mi. Zdecydowanie zeszły ze mnie wszelkie emocje, które trzymały mnie w napięciu od wczorajszego popołudnia. Dobrze było zwyczajnie odnotować w niej zmiany na lepsze.
– Proszę stąd wyjść, panie Kagami! – usłyszałem za plecami. Nieco skrzeczący głos niemal zrujnował wszystkie moje starania zachowania idealnej ciszy. Gdyby jej sen był płytki z pewnością zerwałaby się z łóżka na tak głośne, bezlitosne nawoływania. – Nie wolno jej teraz budzić – upominała mnie, szybkim krokiem zmierzając w moją stronę.
Ten typ kobiety z pewnością siłą chciał odciągnąć mnie od łóżka, a potem jak najszybciej wyrzucić z hukiem za drzwi. Zanim więc w ogóle zdążyła dotrzeć na niebezpiecznie bliską odległość, wysunąłem z kieszeni zapakowaną w szary, ozdobny papier paczkę i postawiłem na szafce, stojącą przy jej łóżku, tuż obok dzbanka wody i szklanego wazonu z wetkniętą w niego czerwoną różą. Przez myśl przemknęła mi szybka kalkulacja, od kogo mogłaby ją dostać.
– Już wychodzę – rzuciłem jedynie i odwróciłem się szybko, wychodząc pielęgniarce naprzeciw. Nie rzuciła się jednak na mnie, a jedynie wskazała droga wyjścia, mijając mnie równocześnie. Zanim jednak opuściłem komnatę, odwróciłem się, stojąc przy drzwiach z dłonią na klamce. Kobieta skontrolowała stan Mii, mierząc dłonią temperaturę na czole, po czym poprawiła pościel i zabrała naczynie. Pudełko stało nieruszone, ze sterczącą, czerwoną wstążką i przewiązaną przez nią kartą, mimo że kobieta z pewnością je zauważyła.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi, gapiąc się na mosiężny mechanizm i starając się opuścić go jak najciszej. Jednak wszystkie cholerstwa w tej szkole wydawały niesamowicie dużo zgrzytu, kiedy się ich dotykało. Zakląłem pod nosem odruchowo. Chwilę później, chcąc postawić krok do tyłu, poczułem męską dłoń zaciskającą się na moim barku. Zbyt szybko wykonała sekwencję ruchów, dlatego z taką samą łatwością, z jaką mnie pochwyciła, bez problemu obróciła mnie też wokół własnej osi. Przycisnęła mocniej i przyparła do ściany. Wtedy też jasnoniebieskie oczy oczy zaczęły świdrować mnie wzrokiem z uwagą.
– Po co tu przyszedłeś, Kagami? – momentalnie ogarnęła mnie złość. Czując gorący, męski oddech na skórze wbrew własnej woli, zbiłem jego rękę, by uwolnić się z niechcianego uścisku. Zanim jednak zdążyłem całkowicie się wyswobodzić, przycisnął mnie drugą, wyżej, na gardle, wciskając przy tym krtań do środka. Wpatrywał się we mnie i czekał na odpowiedź.
Poruszyłem głową, bo jego chwyt utrudniał mi oddech i wypowiedzenie czegokolwiek. Zaczęło się we mnie gotować. Prędzej doprowadzało to do starcia niż jakiejkolwiek, sensownej rozmowy. I wtedy chyba zrozumiał to sam. Popuścił delikatnie, a na jego twarz wstąpiło minimalnie inne uczucie. Za posturą Shena Aidachi zauważyłem nieco bardziej zbitego, krępego kumpla brata Mii. Z założonymi rękami wpatrywał się w nas swoim kruczym spojrzeniem.
– Chciałem ją jedynie odwiedzić i sprawdzić, jak się czuje – odparłem bez większego zaangażowania. Nie utrzymywałem nawet kontaktu wzrokowego, patrząc wgłąb korytarza i duże, witrażowe okna.
– Czuje się dobrze – powiedział, luzując uścisk jeszcze bardziej. – I dlatego masz szczęście.
– Nie zrobiłem tego specjalnie – cholera, naprawdę musiałem to tłumaczyć? – I nie zrobiłbym nigdy.
– To nieistotne, młody – odparł. W jego oczach przestałem dostrzegać gniew. Może dlatego, że odpuszczał. Powoli, stopniowo i nie do końca to kontrolując, emocje same zaczęły z niego schodzić. Przemawiała przez niego czysta troska o młodsza siostrę, powaloną piłką od jakiegoś palanta, który zamachnął się z całych sił. Nie miałem szans zrozumieć tego w stu procentach, ale doskonale sobie wyobrażałem. On sam nie patrzył złośliwie, a jedynie uważnie, badając moje zachowanie i tendencje. Kontrolował na wypadek, gdybym miał zaszkodzić jej jeszcze raz, bo w tej szkole nie brakowało skrajnych pojebów, którzy czerpaliby z tego satysfakcję i zrobiliby to umyślnie. Poza tym, mogłem zarobić w mordę już kilka sekund temu, a on jedynie przyszedł pouczyć mnie słownie i uprzedzić, bacznie śledząc wzrokiem. Miałem więc jedynie udowodnić mu, jak jest naprawę – jakkolwiek upodlające by to dla mnie w tej chwili nie było. – Po prostu już się nie zbliżaj – dodał na koniec i puścił.
Nabrałem powietrza w płuca, wypuściłem je przeciągle i cicho przełknąłem ślinę, by nawilżyć wyschnięte z wrażeń gardło. Wyprostowałem się, nie zdzierając z niego wzroku do momentu, w którym odwrócił się do mnie plecami i dostąpił mi kroku kumplowi.
Ale nie odpowiedziałem nic.


Nie wiem, czemu czasami zmienia mi tak tę czcionkę, serio, nie fiem :-( 

13 maja 2017

1: Ja i kafel, od którego wszystko się zaczęło

Zanim cokolwiek tu przeczytacie, udajcie się do zakładki. A tak zapraszam do miłego czytania o bohaterach w świecie Hogwartu! (no serio, przeczytajcie zakładkę XD Alternatywa – HP.) Tam wyjaśniłam wszystko.
Jedenastkę dodam jakoś na dniach. I za szablon przepraszam, bo wrzuciłam go na szybko, a nie jest dopicowany. Nie mam czasu się nim teraz zajmować, a raczej wiem, że nie powinnam tego robić. Wróci ten poprzedni albo zrobię w ogóle jeszcze zupełnie inny, ale raczej tematyczny. 


Całą alejka biegnąca na tyłach szkoły dopiero pokryła się pożółkłymi liśćmi, a od jakiegoś tygodnia, z dnia na dzień robiło się nieprzyjemnie chłodniej. Na tyle, że uczniów decydujących się na spędzanie przerw na dworze było wyraźnie coraz mniej. Nikt świadomie nie wystawiał się na silny wiatr, wilgotne powietrze i niemalże pewne przeziębienie, oprócz Phoebe. Jej ulubiona pora roku nie pozwoliła jej nie wyciągać nas w każdej możliwej chwili pierwszych dni października na zewnątrz. Problem leżał w tym, że zimno nie było jej chyba jeszcze nigdy, a chorowała jedynie z przemęczenia i serii dni, wzmożenie poświęcanych na naukę, w mniejszości na sen. Jedynym stwierdzeniem, jakie zdołałam usłyszeć od niej przez niemal całe życie i zarazem przypuszczeniem, że mojej przyjaciółce mróz zaczął jakkolwiek doskwierać, było schowajmy się tam, napijemy się czegoś ciepłego. Dlatego po raz kolejny dałam się naiwnie przekonać, by wyjść poza przyjemnie ciepłe ściany Hogwartu jedynie na cienką szatę i chaotycznie owinięty szalik w pasy, którego frędzle jednego końca wpadały mi na twarz, licząc, że jakoś to wytrzymam i nie zmarznę tak mocno, jak wczoraj.
Drżałam delikatnie, przyciskając do piersi trzy książki na Eliksiry oraz kierując się w stronę jednej z ławek, którą zajmowała czekająca na nas Chloe. Podparta na łokciu i nieco przygarbiona, przyglądała się kończącemu się właśnie treningowi Quidditch’a zawodników swojego domu, pochłoniętymi w tym samym momencie wulgarną rozmową ze stojącymi naprzeciwko Ślizgonami. Nie dało się wyłapać niczego z tej rozmowy, ale typowość takich sytuacji zawsze wskazywała na problem podziału boiska do treningu. Poza tym, że te dwie strony nie potrzebowały nigdy konkretnych powodów, by podrzeć ze sobą koty, ta sytuacja rysowała się dość klarownie.
Phoebe, szalenie zaabsorbowana tym, co widzi wokół siebie i pogrążona w bliżej nieokreślonych myślach, była teraz zbyt idealnie odporna na wszystkie bodźce dochodzące z zewnątrz, by odnotować jakiekolwiek elementy zgrzytu. Przypatrywała się rozciągającemu się przed nami pstrokatemu lasowi i zarysu szpiczastych gór tuż nad nim, na który miałyśmy wystarczająco dobry widok z okna wspólnego pokoju. Słonce delikatnie muskało promieniami i raziło po oczach. Wiatr stawał się coraz bardziej porywisty, przez co bezustannie musiałam zarzucać kosmki włosów do tyłu, by nie wpadały w kąciki ust. Tak samo jak Chloe podciągała swoje pończochy, tak samo ja beztrosko poprawiałam na sobie wszystko, co psuły anomalie pogodowe, a widocznie właśnie wtedy powinnam była uwagę wytężyć kilkukrotnie.
– Uważaj, Mia! – gardłowy, niski bas dotarł do mnie gdzieś z oddali. I choć polecenie wydawało się naturalnie proste, czasu miałam zbyt mało, by zrozumieć, przed czym miałabym się chronić i jeszcze mniej, bym mogła temu zapobiec. Chwilę później mknący w moim kierunku czerwony kafel z tępym hukiem powalił mnie na ziemię, uderzając w mój prawy bok.
Z mojego gardła dobieg pusty, bezwarunkowy krzyk, by za chwilę zastąpił go grzmot powalonego na ziemię ciała. Jęknęłam podłużnie, kiedy mój kręgosłup przeciął snop bólu. Przez kilkanaście sekund nie czułam okolic swojej prawej strony i ręką po omacku sprawdzałam, czy nadal tam jest, bo siła, z jaką dostałam, mogłaby spokojnie mi ją wyrwać.
Otoczono mnie zewsząd w sekundę. Wystraszonym twarzom Chloe i Phoebe w końcu zaczęły towarzyszyć inne i wypełniać luki w moim dostępie do widoku na błękitne, jesienne niebo. Nie miałam pojęcia, skąd w tak krótkim czasie wzięło się ich tu tyle, skoro jeszcze przed chwilą sumowałam w głowie ilość ludzi na zaledwie kilku zajętych ławkach. Ktoś szturchnął moim barkiem i prowokował do relacjonowania swojego stanu, ale słysząc jedynie jęki w odpowiedzi, natychmiast zaprzestał działania.
– Mia, żyjesz?
Sama nie miałam do końca pojęcia, co się ze mną dzieje, bo adrenalina przejęła całe moje ciało. Nie czułam nic oprócz gorąca we wszystkich częściach mnie i przyspieszonego pulsu w tętnicach. Nie mogłam przełknąć śliny, bo gardło wyschło mi na wiór, a zimne powietrze, które łykałam łapczywie, potwornie drażniło nabłonek. Zadawałam sobie w tym czasie pytanie, czy w ogóle możliwym jest oberwać z takim natężeniem, kiedy boisko znajdowało się w tak dużej odległości ode mnie, bo to, że stamtąd trafiła, chyba nie musiało podlegać kontemplacjom. Liczyłam, że nie było aż tak źle, na jak bardzo to wyglądało, choć u wszystkich, których w tym momencie widziałam, rysowało się przerażenie, a moja przyjaciółka swoje zwykle pomalowane bordową pomadką usta chowała w dłoniach.
– Nie ruszaj się, Mia. Zaraz ktoś przyjdzie – oznajmiła mi. I nigdzie też nie zamierzałam, a raczej nie mogłam. Czułam się przygwożdżona siłą do podłoża i za wszelką cenę starałam się pozbyć zamglonego obrazu. Klękając przy mnie, dodała jeszcze pretensjonalnym tonem. – No, biegnij po tę pomoc, do cholery!
Czyjeś kroki odbijały się po ziemi drobnymi wibracjami w mojej głowie. Stale nadbiegały nowe osoby i albo widziałam to nad sobą albo czułam w postaci coraz większego ścisku wokół siebie. Na domiar wszystkich złych rzeczy, jakie mogły mnie teraz dotyczyć, zaczęło robić mi się jeszcze na tyle duszno, że aż niedobrze. W tym jednym aspekcie chłodny powiew, który jeszcze przed chwila przeklinałam, odbierał mi nieprzyjemnych doznań.
Przymknęłam na moment oczy.
– Nic jej nie jest? – zapytał ktoś ciężko dysząc.
– Żartujesz sobie? Przecież leży i ledwo kontaktuje...
– Który to z was? Ty, Taiga, poważnie?
– Nieźle przyłożyłeś, stary.
– Zabiję cię za to, kretynie!
– Nie chciałem, przecież mówię! Cholera…
Następowała kolejna rotacja do jak najlepszego widoku na obezwładnioną piłką do Quidditch’a laskę. Wzięłam pierwszy, głębszy oddech. Zabolało. Emocje chyba zaczęły ze mnie spływać, bo czułam jak naturalne znieczulenie stopniowo ustępuje palącemu uczuciu zapadających się wnętrzności i wżywania się ich w siebie nawzajem. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać, jak bardzo mogą być poobijane. Tym bardziej, że Shen z pewnością doprawi mi ich więcej, kiedy dowie się, jak to na siebie nie uważam. A sprawcy całego tego zamieszania oberwie się z pewnością jeszcze bardziej.
– Zaniosę ją, jeśli…
– Nie! – rzuciła Chloe panicznie. – Ty już lepiej nic nie rób!
– Nie ruszajcie jej stąd. Ktoś zaraz przyjdzie.
Moje przyjaciółki broniły mnie jak lwice, a ja walczyłam z samą sobą. Odruchowo przeniosłam dłoń w miejsce bólu.
– Za coś takiego chyba jednak zostaniesz zawieszony...
– Zamknij się, Kise.
Wyłapywałam urywki rozmów wokół siebie, choć pragnęłam ciszy i tylko ciszy, albo żeby ktoś dobił mnie, bym mogła zemdleć i niczego z tego nie pamiętać.
Zamiast tego poczułam na sobie muśnięcie gładkich włosów, jednak zanim zdążyły drażniąco łaskotać moją skórę, zostały zwinne zabrane. Czarne, długie włosy właścicielka schowała za kołnierz i naciągnęła go wyżej na szyję. Później odsunęła moja szatę i kolejne warstwy materiału pod spodem, by kompletnie odsłonić mój brzuch. Poczułam zimne palce, które miarowo uciskały moje ciało. To jednak chyba nie wywołało większej rewelacji – wszyscy uważnie patrzyli, nierozstrojeni żadnym niespodziewanym widokiem. Poczułam się spokojniejsza, że nie wyglądało to aż tak tragicznie.
– Jest złamane – odparła zdecydowanie. – Jedno żebro jest złamane.
– Cholera…
– Rany, Mia, będzie dobrze!
– Ta… – wymknęło mi się z ust. Syknęłam podłużnie i starałam się rozluźnić.
– Brawo, geniuszu.
– Chloe, zostaw go w spokoju. Stało się i koniec – podsumował stanowczy ton Phoebe. Widziałam jak kontrolowała uważnie wszystkie ruchy Puchonki, skoncentrowanej na swoich poczynaniach. Fakt faktem, była chyba najbardziej zaufana osobą, więc jej diagnozę można było wziąć całkiem na poważnie. – Teraz trzeba zająć się Mią.
– Nic mu nie robię.
– Nie wiem, jak jej narządy, ale to jedno da się wyczuć – dodała, unosząc ku niej głowę i zdając relację z własnej dedukcji.
– Możemy coś teraz zrobić?
– Poczekajmy na pielęgniarkę.
– W porządku.
Dziewczyna wstała i odsunęła się nieznacznie. Jej towarzysz o rudej grzywie skontrolował uważnie jej twarz i posunął się, robiąc dla niej miejsce. Nie odnotowałam ich wcześniej – zupełnie jak pozostałych, słabo znanych mi twarzy – zachowanie i mocny makijaż Chloe był jak zwykle zbyt atencyjny – ale musieli stać tu od początku, nie mając problemu z przejściem przez warstwy tłumu.
– Ej, zmywamy się stąd – ktoś klepnął Gryfona po ramieniu. Widziałam silne natężenie sportowych, bordowych szat za sobą i kilka czubków Nimbusów, wyglądających z tej perspektywy jak cienkie pale. – I tak nic już nie zrobimy.
– Zostanę tu zanim jej nie przeniosą. Może się przydam – odparł zdecydowany, męski głos.
– Nie tkniesz jej kiedykolwiek – Chloe. Nie chciałam sobie wyobrażać, jak wiele kłopotów będzie miał z nią sprawca, skoro już pewnym było, że należeli do jednego domu. Nawet w tej sytuacji było mi go szkoda. Zaraz po tym naszła mnie fala mdłości i przestałam się tym przejmować.
– Mówisz, jakby to w ogóle było możliwe, Chloe.
– Szlag, Kise, zamknij dziób.
– Jej brat cię skasuje – wtrącił ktoś nagle.
Zaraz po tym wybuchła fala kpiarskiego śmiechu i chłopięce pogwizdy. Nieszczęście w nieszczęściu. Wszak naprawdę nie wiedziałam, czego chłopak pożałuje bardziej – mojego honorowego brata czy porywczej przyjaciółki. Zastanawiałam się też czy po diagnozie będę miała w ogóle ochotę ingerować w jego ewentualne zdrowie czy raczej poczuję nagły przypływ chęci pewnej formy zemsty.
Zanim złapały mnie kolejne salwy skurczów i powstrzymałam nachodzące mnie nudności, ludzie wokół zaczęli się minimalnie rozchodzić, choć nadal kilkunastu uporczywie wpatrywało się we mnie i moją siwą od pyłu z alejek szatę. Phoebe zebrała moje książki i trzymała je wytrwale, bo miała pod opieką jeszcze cztery swoje. Chloe wplotła palce w moją dłoń i wyglądała na poważnie przejętą, stercząc mi nad twarzą do momentu, w którym nie nadbiegła pomoc. Trzy pielęgniarki i uniosły mnie w powietrzu, wymuszając mechanicznie unieruchomienie. Ostrożnie, ale nie całkowicie bezboleśnie. Nawoływania jednej przyjaciółki w końcu odegnały wszystkich nieproszonych gapiów, w tym także mojego oprawcę, wybierając mi na towarzystwo jedynie samą siebie i Phoebe, która podbiegłą do nas truchtem, kończąc rozmowę z udzielającą mi wcześniej pomocy uczennicą z Hufflepuff’u. Wkrótce zniknęłyśmy w ciemnościach szkoły, kierując się do komnaty szpitalnej, gdzie zostałam przeniesiona łóżko.
– Spokojnie, Mia. Panie powiedziały, że zrobią wszystko na znieczuleniu.
Ale tak nie było. Dostałam szklankę jakiegoś potwornie niedobrego świństwa do wypicia, który i tak niewiele mi dał albo zwyczajnie nie zdążył zadziałać, bo wszystko czułam. Każdy niedelikatny, profesjonalny dotyk pielęgniarek oraz łączenie kości za pomocą zaklęcia. Słysząc odgłos chrzęszczącej tkanki miałam wrażenie, że odlecę. Darłam się wyjątkowo głośno i nieskrupulatnie, sądząc, że mogę być słyszalna w całkiem dalekim zasięgu. Chloe podskakiwała i kryła się w szacie Phoebe, która z politowaniem przypatrywała się poczynaniom ze ściągniętymi nerwowo brwiami.
Na sam koniec, chwilę po wszystkim, przez drzwi wtargnął mój postawny brat o jasnych włosach, w towarzystwie swojego dobrego kumpla o niemal identycznej objętości klatki piersiowej.
– Mia! Jak się czujesz? Mia!
I właśnie wtedy momentalnie mnie znużyło, a potem zasnęłam. Może to wtedy właśnie lekarstwo miał zadziałać. Sama nie wiedziałam.