4 lutego 2018

3. Zawsze mogło być gorzej




Byłoby szybciej, gdyby nie HP i Zakon Feniksa wczoraj w tv, który w międzyczasie oglądałam, ale wczułam się bardziej w klimat. XD Ano i ech, wiem, że to ta mniej pożądana część bloga, ale mam na to więcej zapału, bo zabierałam się za trzynastkę i coś nie mogę się przemóc. A i przepraszam, jeśli gdzieś tam pomyliłam kafla z tłuczkiem – dopiero pod koniec skapnęłam się, że to o to pierwsze mi chodzi. xD 


To była nieprawda. Wszystko co obiecano mi, kiedy znalazłam się na oddziale szpitalnym i wyłam z bólu, było się bujdą. Nie było żadnego znieczulenia. Jako pierwszy podano mi płyn, który okazał brutalnym środkiem na zrośnięcie żebra i tylko spotęgował moje wrzaski na dobre pół godziny. W szklance, której rzekomo miała znajdować się czysta woda, Pani Pomfrey rozpuściła mi tabletki, mające powodować szybsze gojenie się siniaków, jakie powstały na narządach. Od natłoku wszystkich nienaturalnie leczących mnie substancji, bezustannie bolała mnie głowa, a ich potworny smak przyprawiał mnie przy każdym łyku o odruchy wymiotne. Na koniec z kolei potraktowano mnie zaklęciem, które błyskawicznie pogrążyło mnie w mocnym śnie.
Wałkowałam z przerażeniem wspomnienia, bo obudziłam się z tym samym, obrzydliwym posmakiem w buzi, wytrącona jękami nowego pacjenta, którego położono na drugim końcu sali. Usiadłam na łóżku i przemieliłam kilkukrotnie językiem po policzkach i zębach, a momentalnie przy mojej pryczy zjawiła się dziewczyna o długich, czarnych włosach, spiętych w wysoką kitę. Mimo że chwile po wypadku pamiętałam jak przez mgłę, skojarzyłam, że to ta sama Puchonka, która wówczas słusznie zdiagnozowała moje usterki. Tym razem jednak nie miała charakterystycznego szalika, a białą przepaskę na ramieniu.
– Jak się czujesz? – zapytała, kładąc na małej komódce srebrną tacę z naczyniami. Zanosiło się na kolejną porcję lekarstw, ale przy tym też ciepłą, zieloną herbatę i naleśniki na obiad.
– W porządku – przetarłam oczy i dodałam zdziwiona, kiedy zauważyłam, że za oknami robiło się buro. – Przespałam cały dzień?
– Prawie – odparła – Jest chwilę po siedemnastej. Spałaś zaledwie ponad dobę.
– To i tak całkiem sporo.
– Najlepsi dobijali do pięciu dni – skomentowała, poprawiając okulary i zagięte rękawy szaty. – Dolegają ci jakieś bóle?
– Nie. Jak gdyby nic się stało – nieco naciągnęłam prawdę, bo prostując ręce i przeciągając całe ciało, czułam się nieco sztywniejsza w kilku konkretnych miejscach, ale zdecydowanie nie było to nic, co mogłoby mi utrudniać samodzielne funkcjonowanie.
– Musisz zostać na obserwacji jeszcze do jutrzejszego ranka. To decyzja Pani Pomfrey – odechciało mi się męczyć ją prośbami o wskóranie czegokolwiek, bym mogła wyjść stąd szybciej, bo najwidoczniej nie miałam na to szans. Kwitując to zdanie poddańczym westchnięciem, opadłam na oparcie łóżka. Dziewczyna w międzyczasie zaczęła wykładać nowe naczynia i zabierać zużyte.
– Dziękuję…ci – zawiesiłam się, kiedy zaczęła odchodzić w stronę wyjścia na zaplecze.
– Jestem Minako – i na wpół obrócona, dodała jeszcze, widocznie przypominając sobie – Byli tu twoi bracia i jakieś znajome deklarując, że wpadną tu wieczorem, żeby sprawdzić, czy się przebudzisz. Do górnej szuflady z kolei włożyłam prezent, który ktoś zostawił ci wczorajszej nocy.
Zapominając o szaleńczym głodzie i pragnieniu, w pierwszej kolejności sięgnęłam do komódki i wysunęłam wskazaną szufladę. Pudełko, przewiązane aksamitną, czerwoną wstążką, z której na górze spleciono kokardę było jedynym, co się w nim znajdowało. Zanim wzięłam je w dłonie, odnotowałam jeszcze wetkniętą w nie kartkę, z krótkim tekstem, wypisanym tak wielkimi literami, że można było z odległości wyczytać ich treść.

Przepraszam za tamto – Kagami.

Chaotyczny i niechlujny charakter pisma niemal z miejsca potwierdził mi nadawcę. Taki właśnie wydawał mi się on sam – rozkojarzony, niedbały, a przy tym dziecinny. Przypominał nieco napakowanego głupka, który nigdy nie potrafił trafnie odpowiedzieć na pytania profesorów i zawsze był nie do końca zorientowany, co powinien robić. Obrywało mu się za to na forum całej klasy, poza nauką latania na miotle, bo w niczym więcej nie był orłem. Nadrabiał swoje braki umiejętnościami, jakimi z miejsca dostał się do drużyny i królował wśród drużyny Gryffindoru, będąc ich zdecydowanym faworytem, znanym przy tym na całą szkołę. Tym samym Kagami Taiga wydawał mi się być właśnie taki, jak charakter jego pisma – tym bardziej, że przecież jeszcze wczoraj w jakiś niemagiczny sposób porządnie przyłożył mi kaflem.
Zdarłam folię i otworzyłam górną część pudełka licząc w duchu, że wytrwam kolejną noc i następną spędzę już w swojej komnacie. Jednak to nie ona stanowiła wyzwanie, a wieczór.
Idealne dwie godziny Chloë zdawała mi relacje z wszelkich rewelacji minionego dnia, które nie były dla mnie niczym szczególnym, ale w jej opinii najwyraźniej zostały uznane za warte szczególnej uwagi. Zdzierała plotki jak szpachelka – zupełnie tak, jak gdyby było to jej hobby, a zarazem przychodziło do niej samoistnie niczym przyciągane na magnez. Miała do tego swego rodzaju talent – zdolność świetnej obserwacji terenu, porównywalnej do mugolskiego skanera, gumowe ucho i rozbudowany system umiejętności nawiązywania kontaktów łącznie z docieraniem do odpowiednich wtyk. Kiedy byłam młodsza, podzielałam jej zaabsorbowanie tym rodzajem sportu, jednak z czasem zdążyłam chyba z tego wyrosnąć – ona najwidoczniej nie miała już nigdy. Na szczęście potem dołączyła do nas Phoebe, która zdołała nieco urozmaicić naszą rozmowę, a po kolejnej godzinie siłą zgarnęła naszą przyjaciółkę, by, zgodnie z poleceniami pielęgniarek, dać mi odetchnąć.

Następnego dnia, którego mogłam wrócić do normalnego życia, od samego śniadania wpadały na mnie sylwetki znajomych, zasypujące mnie pytaniami o samopoczucie. Zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo ta sensacja rozniosła się po całej szkole i jakiemu procentowi całej tej szopki przyczynia się Chloë. W zestawieniu z faktem, że należała do tego samego Domu, co sprawca całego zdarzenia, za każdym razem, kiedy ujrzałam gdzieś bordowo-żółte szale, czułam się dziwnie niezręcznie.
Nie mogłam chyba jednak tego uniknąć, bo zwracałam na siebie wyjątkowo dużo uwagi, a dla nieokreślonego grona osób na co dzień wystarczyła moja sterta poskręcanych włosów na głowie, by odnaleźć mnie w tłumie. Pierwszym sygnałem, świadczącym o zakłóceniach, był zdumiony wzrok Phoebe, Lisy i Maisie, który powiódł nagle dobre pół metra za mną, a potem ciche przywitanie, które dawało mi pewność, z czyich ust padło.
– Hej, Mia.
Odwróciłam się jak porażona tymi słowami, mimo że ton miał spokojniejszy niż kiedykolwiek dane mi było słyszeć. Zazwyczaj bowiem musiał się z czegoś tłumaczyć i robił to zwykle lekko napięty.
– Cześć, Kagami – odparłam zdawkowo.
– Jak się czujesz? – kiedy zapytał, poczułam, że powietrze za mną zelżało. Byłam pewna, że dziewczyny, w tym moja szanowna przyjaciółka, ulotniły się, kiedy tylko wyczuły, że wypada zostawić nas samych, choć w duchu liczyłam na to, że chociaż ona wybada moją potrzebę jej mentalnego wsparcia. Chloë nigdy by mi tego nie zrobiła, choć z drugiej strony byłam wdzięczna, że nie było jej obok. Prawdopodobnie nie dawała Kagamiemu wytchnienia w pokoju wspólnym ich Domu, a w zaistniałej sytuacji pewnie wyłupałaby mu oczy. Oczywiście, wszystko z całkowitej troski o mnie.
– Żyję i nawet chodzę, więc jak najbardziej na plus – odpowiedziałam niedbale. Wyglądał na nieco zbitego z pantałyku, jakiego nie widziałam go chyba nigdy. Zwykle wykłócał się nawet nie mając racji, więc zakładałam, że niejedna czarownica dałaby sobie uciąć rękę za ten widok głównego ścigającego.
– Jak to wygląda? – wypalił nagle.
– Co takiego?
– No… gojenie.
– Chcesz mi zajrzeć pod szatę, Taiga?
– Nie – zmieszał się, pomagając sobie rękami w geście zaprzeczenia. Na niekorzyść miał ten typ urody, że momentalnie robił się na twarzy czerwony jak jego włosy. – Chodzi mi tylko o twoją relację. Pani Pomfrey nie miała czasu, by opowiedzieć mi dokładniej – wyjaśnił, świdrując mnie z poczuciem winy. Zbył mnie fakt, że wypytywał kobietę o szczegóły.
– Właściwie to nic nie widać – skłamałam. To prawdopodobnie przez drugą i trzecią porcję leku, której nie zażyłam, wylewając zawartość kolejnych szklanek przez okno, siniaki pod żebrami przybrały koloru żółtego, jednak na tym ich szybkie tempo gojenia ustało. Ponadto zaczęłam się zastanawiać, że w zasadzie nie mam żadnego celu, by obwiniać chłopaka dłużej za ten wypadek i nie czuję żadnego żalu. Możliwe, że to lawina wszystkich obelg Chloë, jakie w niego wycelowała, dawała mi automatyczną sugestię. – Dali mi same mocne świństwa, które uporały się z tym momentalnie. Właściwie to nie ma o czym gadać.
– Naprawdę? – nie krył zaskoczenia. Pomyślałam przez chwilę, że pewnie nie wierzy, ale nie wydawał mi się typem, którego długo by przekonywać do takich błahostek. Byłam pewna, że jego umysł, nastawiony na wieczną rywalizację z Aomine Daikim, wyprze ten fakt ze świadomości na dwa tygodnie przed następnym meczem ze Ślizgonami.
– Tak. Po prostu zamknijmy ten temat – skwitowałam prosto.
– Poważnie? – jego krzykliwe, krzaczaste brwi uniosły się w zdumieniu ku górze.
– Stało się i koniec, Taiga. Nie ma co tego rozgrzebywać – zapewniałam go, maskując pojedyncze ukłucie pod mostkiem, które jakby upominało się o swoje. – Postaram się więcej nie wpaść więcej na tor lotu twoich kafli i myślę, że to się więcej nie powtórzy.
A przynajmniej miałam taką nadzieję. Tu już nawet nie chodziło o mnie, ale bardziej o niego. Co prawda, takie przypadki zdarzały się sporadycznie, ale mogłoby to trwale zaszkodzić jego reputacji czy pozycji w drużynie. A gdyby znowu miało chodzić o mnie, stuprocentowo czekałby go problem w postaci mojego najstarszego brata, o ile już go nie dotyczył. 
– Tak, jasne – wymamrotał, pocierając dłonią o kark i motając się przez chwilę, jak gdyby nie wiedział co zrobić. – To na razie, Mia.
Zaczął się wycofywać. Jakby nie do końca przekonany, nie widział lepszego rozwiązania, by przerwać niezręczną ciszę, ale nie było to coś, co w zupełności chciał robić.
– Ej – rzuciłam zupełnie spontanicznie – dzięki za fasolki.
Zatrzymał się i zwrócił do mnie twarzą, na której pierwszy raz podczas naszej rozmowy, pojawił się łagodny uśmiech, choć w pierwszej chwili przypuszczałam, że wyprze się tego gestu.
– Mam nadzieję, że smakowały – dodał, wyraźnie usatysfakcjonowany, że trafił z prezentem.
Nie chciałam mówić na głos, że trafiła mi się cała masa waniliowych, których smak jest najmniej pożądany przez dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa, pięć o smaku wymiocin, trzy zgniłe jaja, a potem już zwyczajnie bałam się próbować dalej.
Zmieniłam temat, bo akurat zauważyłam kątem oka, jak Kise Ryōta dźgnął łokciem bok rozbawionego Takao, nie spuszczając z nas wzroku. Chwilę później przeanalizowałam, że za plecami Taigi stoi cały szereg Gryfonów, przyglądających się naszej rozmowie i dyskutujących żywo. Miałam wrażenie, że obraz idealnie odbił się na mojej twarzy, bo Kagami zerknął za siebie kontrolnie.
– Chyba na ciebie czekają.
– Fakt, muszę lecieć. Trzymaj się, Mia – rzucił na odchodne, pośpiesznie krocząc w stronę kumpli, którzy wyraźnie czekali na jego sprawozdanie, nawet nie siląc się na jakąkolwiek dyskrecję. Zniknął za moment pośród kolegów, a Kazunari zarzucił mu dłoń na kark dokładnie w tej samej chwili, w której i ja poczułam na swoim barku czyjąś rękę.
– Dałabyś mu szansę – usłyszałam. Spokojny, radosny głos należał naturalnie do mojego brata – nie zmieniał się nigdy, nawet w zależności od nastroju. Tak samo też niemal zawsze szczerzył się szeroko, ukazując rząd równiutkich zębów.
– Jaki kolejny, niezdrowy pomysł powstał w twojej głowie? – odpowiedziałam mu pytaniem, choć wiedziałam do czego zmierzał. Uwielbiał głupio podpuszczać mnie w kwestii relacji damsko-męskich, często bez podstaw i jakiegokolwiek sensu, kiedy dla porównania Matt zamknąłby mnie w jakiejś chatce w Zakazanym Lesie na kilkadziesiąt kłódek, by uchronić przed każdym śmiałkiem. Podejrzewałam jednak, że gdyby przyszłoby mu traktować któregoś kandydata poważniej, Shōn pomógłby starszemu w zastawianiu wnyk i wrzucaniu wszystkich kluczyków do grząskiego bagna.
– Byłaś zbyt oschła – stwierdził, stając obok mnie i przewiesił mi się na szyi.
– Byłam miła – podkreśliłam to, siląc się na dosadne przeliterowanie. – Nie chcę, żeby chłopak robił sobie dodatkowego zachodu.
– Niekoniecznie o to może w tym chodzić – odezwał się niczym wyrocznia.
– A niby o co innego?
– Nie jestem do końca przekonany, że tylko o to, o czym myślisz – poklepał mnie sugestywnie po uszkodzonym boku. To dlatego w jego głosie od samego początku słyszałam dziwną satysfakcję i niezrozumiałe cwaniactwo, a usta wykrzywiał w dwuznacznym uśmiechu. Kochałam go, ale też nienawidziłam, kiedy wykorzystywał na mnie swoje dziwne sztuczki, opatentowane na niespokrewnione z nim dziewczyny. Shōn być może faktycznie stanowił swego rodzaju ideał – był bystry, szybki, zorganizowany i ponadprzeciętny we wszystkim, czego się dotknął. Wiecznie uśmiechnięty, przykuwał uwagę i z relacji samej Chloë, był po prostu szalenie czarujący, Mia, dokładając mi współczuć, że mogę być tylko jego siostrą. Dodatkowo posiadał jakieś swoiste instynkty, które wykorzystywał na ludziach, by pozyskać to, na czym mu zależało. Tylko w zupełności nie wiedziałam, dlaczego stosował to także na mnie – w końcu znałam go od poszewki, wiedziałam o nim więcej i miałam pewnego rodzaju asy w rękawie.
– Mówisz jakbyś coś wiedział – wyparowałam od razu, patrząc prosto przed siebie.
– Może wiem.
– Shōn – nadepnęłam obcasikiem na jego but, trafiając chyba na dużego palca i dodając – mówisz albo znikasz.
– Po prostu bądź mniej zapobiegawcza. Porozmawiaj z nim jak dziewczyna.
W odruchu wywróciłam oczami. Przecież bezustannie nią byłam.
– Jakim cudem w ogóle zdołałeś cokolwiek usłyszeć?
Machnął mi przed nosem swoją różdżką z czerwonego dębu i włóknem ze smoczego serca na tyle teatralnie, bym mogła się domyślić, że zdobył jakieś zaklęcie, którym zamierzał mnie i torturować, jak i niedalekiej przyszłości także szantażować.

– Znikam, Mia – zanim mnie wyminął, klepnął jeszcze kilkukrotnie po barku, jakby na pokrzepienie i podążył wraz z tłumem, który zapychał cały korytarz.


W ogóle to mam wrażenie, że pozmieniałam im charaktery nieco, naciągnęłam je jakby. Ale to chyba podświadomie, by relacja nie wyglądała na podobną do tej pierwotnej historii i w ogóle. Mam nadzieję, że nie przesadziłam, chociaaż, tu chyba będzie więcej przesad, jeśli już. I o stokroć szybciej niż tam, to też, bo tam się ślimaczyyy.

12 października 2017

XII. You promised me this is love, so stay and watch the hospital


            Stałam na środku chodnika z czerwoną smyczą w ręce i dmuchało na mnie potwornie. Zerwał się wiatr tak silny, że otrzepał gałązki drzew z pozostałych na nim liści. Wielokolorowe, bezwiednie trafiły na suchy asfalt. Prawie tak samo jak mój szalik, który zsunął mi się z szyi na ramię i jednym końcem dotykał ziemi, bo oplotłam się nim zbyt luźno.

– Wracaj! – krzyknęłam, bo Klawisz zdążył skręcić w jakąś boczną alejkę, przez co kompletnie zniknął mi z oczu. Całe szczęście wystarczyło, jak zazwyczaj, zaledwie jedno wezwanie, a ogromny, brązowy futrzak migiem znajdował się w zasięgu mojego wzroku, biegnąc w oszalałym tempie. Skoczył na mnie, brudząc jasne spodnie grudkami wilgotnej ziemi, które przenosił na spodach łap.

Był drugi tydzień września, który w tym roku przybrał na siebie maskę ostrego października. Od tych samych dwóch tygodni powinnam była siedzieć już przy ławce w Yosen, a tymczasem przekonałam rodziców, by o ten czas wydłużyć sobie wakacje i zostać w domu.

Poza tym, w grę zaczął wchodzić powrót się do mojego starego liceum i pozostanie w Ameryce. W zasadzie w momencie, w którym Tatsuya opuścił Akitę na rzecz studiów w Tokio, cel mojego wyjazdu prysnął jak bańka – przynajmniej w mniemaniu moich rodzicieli. Co prawda zdawali sobie sprawę, że zawarłam tam także nowe znajomości, uczyłam się samodzielności i aspektów dorosłego życia, poznawałam kulturę skrajnie odmiennego kraju, żyjąc jednak w świętym przekonaniu, że Himuro był powodem rzędu najwyższego. Tymczasem z mojej perspektywy zaczęło wyglądać to wprost proporcjonalnie odwrotnie.

No okej, może nie aż tak.

Jednak z jakiegoś powodu Tatsuya przestał skupiać na sobie moją absolutną uwagę, a zapoczątkowanie tego procesu uplasowałabym już dobre dwa lata temu. Z nagromadzenia nie do końca znanych mi przyczyn, przestał być kimś bezwzględnie najważniejszym, co przez resztę życia tylko się wzmagało. Było to całkiem nieoczekiwanym zwrotem akcji, ale przy tym o wiele dla mnie zdrowszym. Na tę chwilę większy rodzaj powinności czułam wobec Murasakibary, w związku z tym, że gdyby nie ja, nie zostałby mu nikt, kto trzymałby go w ryzach i pilnował jego obecności na treningach ani jakiejkolwiek mobilizacji do nauki. Dodatkowo od momentu wyjazdu, czułam nieodpartą chęć odwiedzania Tokio, bo zwyczajnie stęskniłam się za świergoczącą Eriko, a nawet za wiecznie niezadowolonym Taigą. Rozmowa jakimś trafem ciągnęła nam się od momentu, w którym zapytał mnie o przebieg podróży do domu. Nigdy nie zaczynała się od powitania, a jedynie ciągnęła bezustannie na skończony poprzednio temat i miałam wrażenie, że jej podtrzymywanie było nieświadomie moją sprawką. Tematy jednak były całkowicie błahe, tak jak w aktualnym przypadku, w którym stanęło na rozwaleniu przez Kagamiego śmietnika na hali sportowej jego szkoły.

Ponadto jeszcze bardziej przekonywał mnie fakt, że mogłam zabrać Klawisza. Doszłam do porozumienia z rodzicami i wspólnie stwierdzili, że przyda mi się bardziej w czasie, w którym nie będzie obok mnie Tatsuyi. Komentarz puściłam mimo uszu, wdzięczna zwyczajnie za jego skuteczność. Bo poza tym, pogląd na naszą przyjaźń, która w ich mniemaniu w pewnym momencie naszego życia miała ewoluować w coś większego, stawała się coraz bardziej uciążliwa. Faktem było, że znaliśmy się całymi rodzinami niemal od poszewki, dorastaliśmy wspólnie i wiedzieliśmy o sobie dosłowne wszystko. Za wzajemne wyciąganie z bagna przełomowych tragedii powinno się odznaczyć go medalem, o czym pamiętałam i byłam mu dłużna do dzisiaj, jednak w aktualnej rzeczywistości im dalej było w las, tym bardziej przekonywałam się, że nie taką przyszłość gotuje nam los.

Co prawda, było to na swój sposób kłujące, choć nie tak samo jak kiedyś. Jeszcze kilka lat temu kwiczałabym samotnie w pokoju, gdyby cokolwiek doprowadziło do podobnej sytuacji, o ile w ogóle zdołałoby, bo uczepieni byliśmy siebie porównywalnie do rzepu. Stanowiliśmy kolektyw – bezapelacyjny, nieodłączny element swojego życia i byłam święcie przekonana, że tak będzie już zawsze, bo tego rodzaju relacje nie można wpisać w żaden bardziej obiecujący schemat niż rangę przeznaczenia. Nie w przypadku, kiedy w jednej osobie miało się zarazem bliskiego przyjaciela rodziny, jak i dodatkowego starszego brata, którym sam się kiedyś nazwał.

Tak było jednak tylko do pewnego momentu, a ja niczego jeszcze długo tego nie dostrzegłam. Tkwiłam w tym, nieświadoma że obraz, który wyidealizowałam, wyrył się w ten sposób jedynie w mojej głowie.

I wbrew pozorom zapalnikiem, który odwiódł mnie od snutych marzeń było to, czego chciałam najbardziej. W letni, ciepły wieczór, kiedy siedzieliśmy w parku, odizolowanym od dzielnic gęsto posadzonymi czeremchami, a przed nami rosło dziko pole rumianków. Chwilę wcześniej zeszliśmy z boiska, z meczu z dzieciakami, który wygrał. Byłam wszystkim zbyt odurzona, a on sam zrobił to chyba po to, by spełnić moje oczekiwania i nie odtrącić nazbyt banalnym nie. Pocałował mnie nie do końca jak zabawkę, ale raczej jak swoją własność. Niematerialną, aczkolwiek na tyle mu oddaną, że w pewnym sensie poddaną jego kontroli. Poczułam się przywłaszczona przez jego wolę, którą dopasował pod moją, a ja odebrałam to za znak, że nie chce niczego innego, jak tylko utrzymać mnie przy sobie w stanie, w jakim aktualnie się znajdowaliśmy. Czego innego poświadczeniem miał być ten krótki, zaledwie przelotny akt, smakujący owocową oranżadą, którą spijaliśmy wspólnie z jednej puszki i nic więcej wówczas? Nic więcej potem, nic więcej już nigdy.

Tym samym, zamiast cieszyć się jak głupia, przepłakiwałam każdą kolejną noc przez co najmniej kwartał, praktycznie ich nie przesypiając i rozkładając ten zawód na części pierwsze. Moje oczekiwania gniły, mętne i niezdolne do tego, by zupełnie zniknąć. Z czasem zaczęłam uczyć się go nienawidzić, i tu z kolei przerażała mnie ulotność własnych uczuć – szybkość, z jaką chciałam wyrzec się człowieka, na którym zależało mi najbardziej. Sęk w tym, że ciężko było mi odbudować jego obraz, a ja dodatkowo zaczęłam się gubić – gubić we własnej głowie. Gorzkniałam w środku, wracając do punktu wyjścia, z którego wygrzebałam się nim samym i tym gorączkowym uczuciem. Przestałam przychodzić na boisko, odmawiałam wyjść, wpadania na gościnę dom obok i zaszywałam się w pokoju, skupiając na grze.

Z czasem moje emocje zaczęły cichnąć. Przywykałam do nowego stanu rzeczy, choć kwestie sentymentu i pewnego rodzaju słabości naturalnie zostały. Nie wiedziałam nawet kiedy przytłumiłam je na tyle, by nie słyszeć ich na co dzień. Nasze relacje zmieniły się niemal zupełnie – choć podejrzewałam, że znowu tylko z mojej strony – ale wróciłam. Przestałam przed nim uciekać, bo nie czułam takiej potrzeby. Uczucia zelżały i przestały mnie przytłaczać, a mi tym samym udało się odczuć samoistnie reperującą się relację. W efekcie końcowym po kilku miesiącach udało mu się mnie nawet zaciągnąć do Japonii.

Być może to dlatego, że tam skupiałam się w stu procentach na sobie, bo wyłącznie na siebie byłam zdana. Bałam się, że w przypadku mojego powrotu, wszystko miało prysnąć jak bańka. Sama nie czułam się koniecznie potrzebna w tym miejscu, jakoby moja nieobecność miałaby na coś wpłynąć. Phoebe dopinała wszystko na ostatni guzik nawet lepiej ode mnie, a Chloë miała nadzwyczajny urok osobisty i dar prowadzenia rozmów, dzięki którym radziła sobie niemal we wszystkim. W zestawieniu z nimi, Murasakibara prezentował się opłakanie. Jedynie rodziców było mi naprawdę szkoda, bo zerwałam się ze łańcucha szybciej niż to było konieczne.

Możliwe, że podświadomie potrzebowałam przełomowej zmiany, bo monotonia schematu życia mogłaby z łatwością mnie przygnieść. Wszystko w domu wydawało mi się na chwilę obecną zbyt bardzo poukładane, oczywiste i przejrzyste – nie tego chciałam. Monotonia zawsze w którymś momencie przyciągała za sobą znudzenie, a rutyna stawała się nie do zniesienia. A ja nie chciałam, bo wiedziałam, co byłoby następstwem. Nie chciałam, żeby to wszystko wróciło. A tak z pewnością by było.

– Obiad już jest, Mia – usłyszałam niski bas Matt’a, kiedy podeszłam do drzwi wejściowych i czyściłam buty o wycieraczkę. Rękę miałam zawieszoną w powietrzu na wysokości klamki, którą właśnie chciałam nacisnąć.

– Już lecę – zsunęłam szybko buty i zawiesiłam płaszcz na haczyku, po czym wparowałam do łazienki, żeby umyć dłonie. Klawisz kręcił mi się między nogami, po tym jak zrobił kilka chaotycznych kółek na podwórku i błyskawicznie wpadł do domu. Momentalnie znalazłam się przy stole, kiedy wszyscy zajadali się już pieczonym kurczakiem faszerowanym jabłkami. Woń zdążyła przyjemnie rozejść się po całym domu.

– Siadaj, dziecko, bo ci wystygnie – pośpieszyła mnie mama. Odgarnęła wystający kosmyk, wszczepiając go w strukturę idealnie ułożonych, grubych pasm loków w kolorze platyny i poprawiła dużego, plastikowego klipsa na uchu. Zawsze je nosiła, bo uwielbiała ten rodzaj biżuterii. Na tyle, żeby przez pięćdziesiąt cztery lata nie poczuć potrzeby przekłucia płatków i nosić w ich miejscu kolczyki.

Tata zmierzył mnie wzorkiem, a potem powiódł karcącym wzorkiem na Matt’a, którego ruch ręki przemycał kawałek mięsa skomlącemu pod wolnym krzesłem psu. Uśmiechnął się z premedytacją, odsłaniając całkowicie swoje zęby. Poprawił się na siedzeniu, a mięśnie wypchały kompletnie granatowe varsity, które miał na sobie.

– Spakowana? – zapytał kontrolnie, przenosząc swoją uwagę na mnie.

– Tak – zapychałam buzię frytkiem, by nie musieć zbyt wiele tłumaczyć, ile jeszcze rzeczy czekało w różnych częściach domu na ich spakowanie. – W większości.

– Jeśli czegoś zapomni, to przyjdzie jeszcze raz – zaszczebiotała mama. Jej akurat było to na rękę. Tata zachowywał jeszcze zdrowy rozsądek względem wydatków finansowych i kwestii samej podróży. Matka z kolei zachowywała się, jak gdyby obie te sprawy nie były w zasadzie niczym kłopotliwym.

– Dam sobie radę. Połowę rzeczy mam na miejscu.

– Mam ją zawieźć? – zapytał Matt orientacyjnie. Wiedziałam, że nie ma na to czasu, a sam fakt, że wygospodarował tydzień w ciągu roku, by się przywitać i posiedzieć tu ze mną, graniczył z cudem.

– Nie, ja to zrobię – odpowiedział mu ojciec. – Mam jutro wolne.

Matt kiwnął głową przytakująco w odpowiedzi i zapchał sobie usta kolejnym kęsem. Z jego talerza zniknęła już ponad połowa. I swoim pośpiechem i sposobem, w jaki wspierał się łokciem o stół podczas jedzenia, przywiódł mi na myśl Taigę. Nawet ubrania wyglądały na nich śmiesznie podobnie.

– Więc jedziesz najpierw do Tokio? – upewniał się w dalszym ciągu ojciec.

– Tak. Przenocuję u Tatsuyi do końca tygodnia. Pomogę mu przywołać mieszkanie do porządku.

Z oficjalnych informacji wynikało, że jest w surowym stanie po świeżym remoncie, a na rozpakowanie wszystkich pudeł jeden wolny weekend to dla samego niego z pewnością za mało. Świadomość urządzania mu domu i dobierania nawet najdrobniejszych elementów wystroju przyprawiała mnie o lepszy nastrój na samą myśl. Uwielbiałam tego typu zadania.

– Albo  może narobić jeszcze większego bałaganu po tak długiej rozłące? – Matt podparł się ramieniem o krzesło i puścił mi sugestywne oczko. Przeżuwając jedzenie z otwartą buzią, uśmiechał się promiennie i świdrował mnie wzrokiem, wyraźnie zadowolony z tekstu, jaki udało mu się szybko skleić i rzucić w moją stronę. Zawsze spisywał się w tej kwestii bezbłędnie.

– Ugryzłbyś się przy nas w język – zwrócił mu uwagę ojciec. Mama kręciła głową, a ja z niedowierzaniem i podniesionymi brwiami wysunęłam środkowy palec z ręki, w której trzymałam widelec.

– Tylko wróć w poniedziałek do szkoły, Mia – pouczyła mnie rodzicielka, by nie rozgrzebać poruszonego tematu. – Nie rób sobie większych zaległości.

– Wiem – odparłam, kiedy poczułam wibracje. Wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni jeansów i położyłam go na stole, odczytując treść sms’a. – Pójdę na pewno, mamo.

 

 

Chloë, 16:38

Wbijaj o siódmej.

 

 

***

 

– Wiedziałam, że tak będzie – westchnęła nagle Chloë, opierając twarz o dłoń i wpatrując się znudzona w ekran wyświetlacza.

– Co jest?

– Ian jest z Kath – poinformowała nas. Przewinęła palcem jest kilkukrotnie w dół, po czym machnęła ręką i wyczuwając brak zainteresowania, dodała. – Nieważne.

Phoebe patrzyła ciągle przed siebie, wyraźnie zamyślona i niewytrącona z tego transu od kilku sekund. Po jej jasnobłękitnych, zeszklonych oczach widziałam, że była już senna, a świadomość odległości do własnego łóżka tylko wzmagała zmęczenie. Siedziałyśmy na dachu jej jednorodzinnego domu, dokładnie nad jej pokojem, który znajdował się na poddaszu. Przesiadywałyśmy tu niemal każdy wieczór, chyba tylko poza zimowymi.

– Nie chcę mi się jechać – wtrąciłam, zmieniając temat, który nie interesował mnie, a z całą pewnością jeszcze bardziej mojej drugiej przyjaciółki.

– Nikt ci nie każe – usłyszałam momentalnie w odpowiedzi.

Westchnęłam w odpowiedzi głośno i ostentacyjnie. Celowo, bo jej opryskliwość zaczęła robić się coraz bardziej uciążliwa i nie pomagała mi w niczym, a jedynie przysparzała wątpliwości, których nie chciałam. Chloë zwyczajnie mściła się od ponad miesiąca za potwierdzony fakt wyjazdu do Japonii na kolejny rok. Była święcie przekonana, że po tych wakacjach wrócę do szkoły, a przede wszystkim – do nich. W pewnym sensie wcale jej się nie dziwiłam, bo miałam wrażenie, że robię im totalne świństwo.

– Mam na myśli samą podróż – wytłumaczyłam, akcentując słowa klucze i patrząc na nią perfidnie.

– A mi się wydaje, że specjalnie stąd zwiewasz. Że dalej uciekasz – kąsała. Czułam, że jeśli odbędziemy jeszcze kilka podobnych rozmów, to na koniec którejś zwyczajnie się ze sobą pokłócimy. Tym bardziej, że posunęła się do poruszenia nawet tego jednego tematu.

– Jedziesz do Himuro – wtrąciła Phoebe. – Chyba nie będzie tak źle.

– Nie będzie – potwierdziłam. – Ale to nie zmienia faktu, że nie chce mi się zbierać i latać tyle z walizkami.

– Albo to właśnie chodzi o niego – zasugerowała cicho Chloë, mówiąc jakby do siebie.

– Daj spokój – mruknęłam.

– Patrząc na to, że spędziliście rok w jednym mieszkaniu to nawet ma sens – zaczęła gdybać, patrząc w niebo. Szlag, nawet ja nie pomyślałam, jak to wyglądało i brzmiało w cudzych ustach.

– Tatsuya będzie trzysta kilometrów ode mnie. To nawet jako wymówka brzmi słabo.

– A to, że robisz dla niego osiem tysięcy to już nic, tak?

Phoebe prychnęła pod nosem, wyraźnie się śmiejąc, co tylko popchnęło i mnie, żeby nie kryć niechcianego uśmiechu. Chloë zawsze podpuszczała ludzi, by sama wybadać, jaka jest prawda. Phoebe wystarczyłoby do tego zaledwie jedno moje spojrzenie albo grymas twarzy przy udzielanej odpowiedzi, a jej – kilkadziesiąt bezpośrednich, niewygodnych pytań.

– Zamknij się – palnęłam podśmiechując, co tylko odejmowało mi wiarygodności. – Przecież powiedziałabym wam, gdyby coś było na rzeczy.

Towarzyszka z gęstą, bordową grzywą ściętą jak od linijki napuszyła się i wydała z siebie specjalny odgłos niezadowolenia. Jej pełne usta, teraz jak i zazwyczaj podkreślone ciemnymi pomadkami, wygięły się w podkówkę.

– Po prostu gdybam. A ta ewentualność wydaje mi się być całkiem przekonująca – uniosła brew sugestywnie i uśmiechnęła się cwanie.

– Daj już spokój, Chloë – wtrąciła Phoebe, odrywając piąstki od twarzy, o które podpierała głowę. Uwielbiałam ją w dużej mierze za to, że zazwyczaj obstawiała moją stronę. Była otrzeźwiającym kubłem zimnej wody dla porywczości Chloë, a niekiedy nawet i dla mnie. Rzucała swoje dwa słowa, a ich odbiorca momentalnie poddawał je analizie.

Na Chloë te sztuczki działały jeszcze bardziej niż moje kiedykolwiek, choć trzymałyśmy się w zasadzie całe życie. Phoebe poznałyśmy zaledwie cztery lata temu, kiedy przeprowadziła się z Abbyville w Kansas i zapisała do naszej szkoły. To Chloë podbiegła do nowej na wf’ie, a ta potem dołączyła do naszego kolektywu.

– Niby dlaczego? Chcę wyciągnąć z niej wszystko, co mogę, zanim znowu zniknie na rok i będę wlepiać oczy w tę buźkę jedynie przez wyświetlacz telefonu.

Jęknęłam przeciągle, kładąc się na plecach.

– Po prostu przyjedź – powiedziałam w końcu do nieprzekonanej, nie zastanawiając się długo nad tym pomysłem. – Wybierzcie sobie jakiś tydzień i mnie odwiedźcie. Skontrolujesz to osobiście.

Czułam, że wyprostowała się z wrażenia. Z zamkniętymi oczami, w głowie miałam obraz jej zdziwionej twarzy i rozszerzonych, czekoladowych oczu.

– Żartujesz?

– Nie, czemu?

– Jestem za – przerwała Phoebe. – Powinnyśmy w sumie zrobić to rok temu.

– Właśnie – potwierdziłam.

Nastąpiła chwilowa cisza. Milczenie, podczas którego jedna z nas szykowała decydującą odpowiedź.

– Fundujesz mi całą wyprawę – zaczęła Chloë. Warknęłam w jej stronę z bezsilności, uśmiechając się przy tym do siebie. Wiedziałam, że to dobre rozwiązanie, a na samą myśl o ich przyjeździe poczułam narastające podekscytowanie w okolicach podbrzusza.

– Zamknij się wreszcie i zgódź – odpowiedziałam jej, deklarując – wytrzymasz jeszcze ten rok. Potem już wrócę, na bank. Obiecuję.

 

4 października 2017

XI. When all the walls have tendencies

Klapnąłem na kanapie do odpalonego od kilku godzin telewizora, sprowokowany dopiero przez dziennikarza zapowiadającego mecz. Jeszcze chwilę temu zdążyłem schować do lodówki porcję na jutrzejszy obiad, a trzydzieści minut wcześniej zaledwie zwlec się z łóżka po kilkugodzinnej drzemce i wcześniejszym treningu. Riko zdecydowanie uwzięła się na nas z niewiadomych przyczyn przez ostatnie dni i ciągle wyciągała nas na ćwiczenia na zewnątrz. Cuchnąłem, bo nie zdążyłem wejść po prysznic, a jedynie pozbyć się koszulki, choć to w zasadzie niewiele zmieniało.
Rozłożyłem się wygodnie w idealnej synchronizacji z powtórzonym trzykrotnie dzwonkiem do drzwi. Niekontrolowanie napięły mi się mięśnie i odruchowo zerknąłem na zegarek. Były może dwie minuty po północy. Nie tylko nie spodziewałbym się nikogo o tej porze, ale także najmniej oczekiwał, mimo że na zmęczenie aktualnie nie mogłem narzekać. Wstałem, odrzucając pilot w poduszki i zorientowałem się w porę, żeby zahaczyć o szafkę w swoim pokoju i wziąć z niej czystą koszulkę. Westchnąłem jeszcze, zanim nacisnąłem klamkę.
Za drzwiami czekały trzy pudełka z wymalowanymi na czerwono emblematami tutejszej, niedalekiej pizzerii, ułożone równo na drobnych, kobiecych dłoniach. Brodą przytrzymywała całą tę konstrukcję od góry, a pojedyncze kosmki nieokiełzanych, sterczących jasnych pukli okalały jej zmęczoną i lekko zaczerwienioną twarz.
– Masz chwilę, no nie? – zapytała przytłumionym głosem, skupiona na swojej czynności.
– O tej porze ludzie kładą się spać, o ile już tego nie robią – oświadczyłem jej, jakoby nie zdawała sobie z tego sprawy. W zasadzie istniało takie prawdopodobieństwo. Nie raz zaskoczyła mnie czymś, co dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom społeczności wydaje się oczywiste, a dla niej – widocznie nie.
– Ale ty akurat nie śpisz, więc świetnie się składa – dopowiedziała sobie szybko pod nosem i wparowała do środka, zmuszając mnie do przesunięcia się pod ścianę przedpokoju.
– Co to jest, Mia? – upomniałem ją pytaniem.
– Nie zadawaj głupich pytań. Doskonale wiesz, co jest w środku.
Ciśnienie mi skoczyło. Co głupiego w tym widziała? Oczywiście, że doskonale zdawałem sobie sprawę, co właśnie przyniosła, ale pytanie obejmowało większy zakres informacji, które chciałem uzyskać, na czele z tym, co tutaj robiła. Każdy domyśliłby się, że oczekiwałem wyjaśnień. Pakowała się w końcu do mojego mieszkania w środku nocy. Czy do wszystkich swoich znajomych wpadała z takimi niespodziewanymi wizytami o tej porze? Miałem jej to powiedzieć, kiedy w tym samym momencie zahaczyła rogiem pudełka o ścianę.
– Przeniosę je – odparłem twierdząco i zanim postawiła jakikolwiek krok, objąłem pudełka, chcąc je od niej przejąć, nawet siłą. Zupełnie niecelowo natknąłem się na jej dłonie, które rozpostarła na szerokość całego spodu. Nie uciekła przed dotykiem, choć wyczułem, że mimowolnie zadrżała, na moment łapiąc moje spojrzenie.
– Dam radę – wyrzuciła szybko, maszerując przed siebie. Ściągnęła buty bez użycia rąk, rzucając nimi z rozmachu o ścianę i poczłapała dalej. Cały czas w lekkim spięciu obserwowałem jej ruchy, by w każdej chwili do niej doskoczyć i asekurować pudełka pizzy. Jednak w całkiem zgrabnych ruchach dotarła metr od balkonu, po czym rozłożyła się na podłodze. Podparta o ręce, kucnęła i zsunęła najmniejszy karton, który zostawiła tuż przy sobie, dwa większe przysuwając w moją stronę.
– Smacznego, Taiga – odparła, przyglądając mi się z wdzięcznym uśmiechem i czekając na moją reakcję.
Świat oszalał. Czy miałem jeszcze jakieś szanse dowiedzieć się, o co chodziło?
– Mia, chciałbym najpierw...
– Oj, siadaj i jedz! – przerwała mnie i ponagliła mnie, uchylając wieczko swojego kartonu, jak gdyby sugerując mi to, co i ja powinienem zrobić. Na jej cieście dostrzegłem kawałki szynki, mozarelli i ananasa. – Miałam ochotę zjeść z kimś kolację. Tyle – wyjaśniła krótko.
– A ta twoja… koleżanka?
Oderwała kawałek mięsa od rozciągającego się sera i pomachała nim sugestywnie.
– Wyłupałaby mi za to oczy. A potem płakała nade mną i martwym zwierzęciem.
Cholera, nie mogła zrobić tego wcześniej? Przestały zaskakiwać mnie jej niezapowiedziane wizyty, ale nie sądziłem, że zaskoczy mnie porą. Co następne? Przyjdzie o piątej rano czy przyprowadzi kogoś ze sobą?
– Nie wiem jakie lubisz, ale mam nadzieję, że ci podpasuje – zaczęła, grzebiąc w swoim plecaku, który dopiero ściągnęła z łopatek, kiedy przysiadłem naprzeciwko niej.
– To bez znaczenia – mruknąłem pod nosem. – Nie jestem wybredny.
Wziąłem pierwsze z brzegu pudło i otworzyłem. Ciepła, przyjemna woń razem z zapachem kurczaka i papryki przekonała mnie do tego, że byłem potwornie głodny.
– Szlag, nie to! – krzyknęła.
– Co?
– Nie to! Otwórz drugie!
– O czym ty mówisz, Mia?
– Weź drugą pizzę!
Więc ta duża była dla niej? W takim razie po co przysunęła mi ją pod nos? W przypływie gniewu, szarpnąłem i chwyciłem, robiąc dokładnie to, co chciała. Podniosłem wierzch drugiego, cholernego pudełka. Miało na sobie szynkę, salami, pieczarki i dodatkowy ser. I czerwoną świeczkę na środku.
Odczekała sekundę i nachyliła się, sięgając do knota i odpalając go zapalniczką.
– Najlepszego, Taiga – wyrecytowała tylko.
Zdębiałem. Patrzyłem się dokładnie w ten jeden punkt, mrugając powiekami. Nawet nawoływania żołądka chwilowo ucichły. Czy to już dziś? Skąd w ogóle o tym wiedziała? Sam nawet o tym nie pamiętałem. Pewnie upomniałby mnie dopiero telefon od rodziców.
W tym samym czasie kątem oka widziałem, jak Mia unosiła ponad wysokość swojej głowy trójkącik pizzy i oderwała zębami jego czubek, a drugą ręką przetrzymywała spadający z wierzchu ser. I przez cały ten czas uśmiechała się triumfalnie.
Dotarło do mnie, że pofatygowała się o tyle niepotrzebnych rzeczy. Świeczka. Trzy kartony pizzy, niesionej przez kilkuset metrową drogę. Dodatkowo o tak późnej porze zupełnie sama przemierzając ulice Tokio. Po co w ogóle było to wszystko?


– Dzięk… dziękuję, Mia – wydukał w końcu, choć nadal spłoszenie i niepewnie. Jeszcze przed chwilą patrzył na mnie jak na wariatkę, a ja zaczynałam czuć się z tym faktem źle, bo zbyt często patrzył na mnie w ten sposób.
– Robi się zimna – oświadczyłam mu, żeby ratować go zakłopotania i wymusić na nim jakąś reakcję. Najwyraźniej tego właśnie potrzebował.
– Nie musiałaś tego robić – dodał.
– Mówisz o sposobie, w jakim na całym świecie obchodzi się czyjeś urodziny?
– Ale naprawdę… ty nie musiałaś.
Oderwał w końcu kawałek jednego kawałka. Jego ruchy nadal tak niepewne i roztropne, że aż do niego niepasujące.
– Wyluzuj – rzuciłam pobieżnie i odchyliłam lekko głowę, spoglądając za okno. Prawdę mówiąc, im bliżej było mi do wyjazdu, tym bardziej nie chciało mi się stąd jechać. Miasto mieniło się wieloma kolorami, zupełnie jak okna w pobliskich, osiedlowych blokach i wyglądało nadzwyczaj ślicznie. Żałowałam nawet, że przyszły rok szkolny zmuszona byłam spędzić w Akicie.
– Nie chcesz może spróbować? – zaproponował mi kawałek ze swojej pizzy o średnicy pięćdziesięciu centymetrów. Sugerowałam się wspomnieniem, kiedy pierwszy raz znalazłam się w tym mieszkaniu i obserwowałam obraz niemal idealnie nakładający się z aktualnym. Na znak chłopaka o jasnoniebieskich włosach ze swojej drużyny, przywlókł sobie pod nos niemal takie same wielkościowo kartony pizzy, przerywając rozmowę z Tatsuyą. Siedziałam na rogu jednej z kanap, cisnąc się tuż obok zrażonego i niezadowolonego Atsushi'ego, który wciskał w siebie końcówkę solonych krakersów.
– Nie, moja w zupełności mi wystarczy. Dwie godziny temu jadłam kolację – odparłam, nie zdejmując wzroku z szyby. Było mi jakoś nadzwyczaj wygodnie i międzyczasie zajadałam się swoją hawajską. Komentator w telewizorze wykrzyczał coś po angielsku, przez co zrobiło mi się jeszcze bardziej swojo.
– Nie chcesz przenieść się na kanapę? – zapytał mnie nagle.
– Nie, lubię siedzieć na podłodze – automatycznie ścisnęłam w dłoni puch dywanu obok i nie odrywając głowy, odparłam. – Jeśli chcesz obejrzeć, to idź.
– Nie chcę – syknął niemal od razu. – Oglądałem to z nudów.
Taiga zdawał się coraz śmielej pochłaniać jedzenie, do tego zupełnie tak, jakby nie karmiono go od rana. Skontrolował moją perspektywę widoku z okna. Powiódł wzrokiem może dwa razy po widocznej panoramie, po czym niepewnie opuścił wzrok na podłogę. Oparł głowę o szeroką dłoń i patrząc w stronę szafki w kącie, zaproponował nieśmiało:
– Nie chcesz zjeść na balkonie?
Ale tym razem trafił. Sama o tym nawet nie pomyślałam. Kiwnęłam głową, momentalnie podnosząc się i zabierając pudełko. Kagami w tym czasie uchylił drzwi i puścił mnie przed sobą.
Zanim zdążyłam się usadowić, wrócił i obszedł mnie z prawej strony, rozkładając koc na zimnej posadzce. Poczęłam znosić na balkon swoje, jak i jego pudełko z zaledwie połową pozostałego mu placka, kiedy on nalewał szklanki wodą. Rzuciłam je przed siebie i rozsiadłam wygodnie, a Taiga wrócił z napojami. Do środka wrzucił jeszcze po plasterku cytryny.
– Dziękuję – odparłam, przechwytując szklankę. Kiwnął głową, upijając dwa ogromne łyki.
Temperatura wyraźnie spadła, a chłód bił także od kafelek, więc wyobrażałam sobie, jak ciężko byłoby wytrzymać tu bez skrawka materiału, który przyniósł. Zdążyłam ochłonąć po szybkim truchcie z dodatkowymi kilogramami w dłoniach, więc czułam to zdecydowanie dosadniej niż w drodze na miejsce, podekscytowana i z nadzieją, że wypieki nie zdążą wystygnąć. Mniemałam jednak, że temperatura dania nie robi mu większej różnicy, bo właśnie pochłaniał ostatni kawałek.
Przekonałam się dopiero teraz, że dobrze postąpiłam, kupując nowy papier, kiedy wyciągałam z plecaka pakunek. Gdybym dała mu w tym samym, co prezent od Tatsuyi, byłoby mi zwyczajnie głupio, choć zakładałam, że Taiga w ogóle by się nie zorientował. Niemniej jednak szary papier przewiązany czerwoną, matową wstążką, podobał mi się w efekcie końcowym o wiele bardziej.
Podsunęłam mu zawiniątko tuż pod nos. Różki papieru zahaczały o jego odkryte udo, bo miał na sobie zaledwie krótkie spodenki i bezrękawnik. Miałam wrażenie, że poziom temperatury jaka panowała, była niewystarczająco niska, by mogła na niego oddziaływać. Że dopiero uchodziło z niego ciepło, którym słońce nagrzało go za dnia na boisku. Mimo nocy zdołałam wyłapać, że nawet kolor skóry miał ciemniejszy od mojej, choć jego opalenizna wpadała raczej w czerwonawe pigmenty.
– A to co znowu?
– Otwórz.
– Ale...
– Otwieraj, bo jestem ciekawa twojej reakcji – wyznałam wprost.
Ujął w dłonie prezent, obracając go w palcach z ostrożnością, co powtarzał niezmiennie przez jakieś dziesięć sekund. Czułam, że chce coś powiedzieć, nie do końca wiedząc jak i zwyczajnie przedłuża tę czynność, by dać sobie czas. Cały ten proces przyprawił mnie o kolejne déjà vu wydarzenia sprzed początku miesiąca. Uznałam, że to zabawne, że nasza relacja dotarła do tego stopnia, że nawet ja poczułam się w obowiązku przynieść mu coś z okazji jego urodzin.
Nie chciałam go popędzać. Zdjęłam z niego wzrok, by odjąć mu presji i beztrosko wepchnęłam sobie do ust różek przedostatniego kawałka z ogromnym kawałkiem owoca. W tym samym czasie usłyszałam szelest rozrywanego papieru.
– Koszulka Lakers’ów – powiedział informująco, badając ją wzrokiem i palcami. Właśnie dlatego postanowiłam dać mu ją po zjedzeniu, żeby uniknąć tłustych plam albo śladów mąki. Bałam się jednak, że może zwyczajnie powinnam wręczyć je w innej kolejności.
– Oryginalna – dodałam, przełykając kęs. – Całkiem świeża.
– Jak ją dostałaś?
– Akurat mama była na miejscu. Poprosiłam ją o przysługę dla bliskiego przyjaciela Tatsuyi – wytłumaczyłam, przechylając szklankę z wodą do góry.
– Rozumiem – odpowiedział jedynie.
– Będziesz miał co założyć jak wrócisz.
– Nie mieszkamy w Los Angeles…
– Wiem – przerwałam mu. – Ale to najbliżej od nas.
Prychnął pod nosem na mój nieprofesjonalizm, ale zignorowałam to. Nie mogłam ryzykować dziwnych podejrzeń ze strony Tatsyui, żeby wyciągać od niego nazwę jego ulubionego klubu. Niekontrolowanie mogłoby się to przenieść na moją rodzinę, co groziłoby głupimi sugestiami, wycelowanymi prosto w naszą stronę. Nie w przypadku, kiedy już jutro miałam tam być.
– Dziękuję – wydukał w końcu. Ściskał koszulkę w piąstce, choć nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe. – Nie musiałaś aż tak się fatygować, Mia.
– To nie fatyga, a prezent – poprawiłam go.
– Wysyłka też kosztuje. I jeszcze te pizze – urwał, szturchając palcem puste, półprzymknięte pudło. – Ile za nie dałaś?
– Oszalałeś – stwierdziłam. – To część składowa prezentu. Nie oddasz mi za to pieniędzy.
– To za dużo, Mia. O wiele za dużo – upierał się dalej i beznamiętne w nie wpatrywał. Nie wiedziałam, czy chce podziękować mi jeszcze raz, czy może myśli o czymś zupełnie innym, ale prawdopodobnie zrozumiał, że dalsze przekonywania i ciągnięcie tematu nie ma większego sensu, bo westchnął jedynie poddańczo i milczał jeszcze przez jakiś czas. Niemniej jednak chyba przychodziło mu to z trudem, bo z poirytowanym wyrazem twarzy, podrapał się po pomarszczonym czole.
– Rozmiar będzie dobry? – dopytałam, kiedy odsuwał od siebie papier, w który wcześniej odłożył koszulkę.
– Tak, jest okej – odpowiedział od razu.
– Naprawdę? – strzelałam. Kompletnie. Narysowałam mamie sylwetkę i poparła mnie w tym, że powinna być w porządku, ale moje celowanie było tylko i wyłącznie gdybaniem.
– Skąd wiedziałaś? – wyparował nagle.
– O czym?
– O urodzinach. Skąd wiedziałaś, że to dzisiaj.
W zasadzie to zwyczajnie pamiętałam tę datę od momentu, w którym podarowałam mu prezent od Tatsuyi. Jednak nie na tyle, bym sama z siebie przypomniała sobie o nich z dnia na dzień. Dopiero wieść Minako na temat imprezy urodzinowej, którą zamierzali mu wyprawić, sprawiła, że ten dzień na dobre wyrył mi się w pamięci do tego stopnia, że stał się też datą w pewien sposób wyczekiwaną.
Poza tym, na samą myśl o dzisiejszym przyjęciu zrobiło mi się w jakiś sposób smutno. Zazdrościłam sobie przede wszystkim tego, że nie mogłam uczestniczyć w przygotowaniach i wybieraniu dekoracji, którym można byłoby przystroić pokój. O ile w ogóle ktokolwiek zamierzał to zrobić. Szlag. Temu salonowi pisane były złote girlandy i balony w każdym rogu, bo minimalizm Japonii i Kagamiego zarazem były zbyt skromnym i prostym połączeniem.
– Pamiętałam co nieco – napomknęłam jedynie i zerknęłam na niego z delikatnie szelmowskim uśmiechem, na co on odwrócił wzrok i całkowicie swoją głowę, patrząc przed siebie. Przysunęłam mu swoje pudełko z ostatnim kawałkiem pizzy. – Możesz zjeść. Nie dam już rady.
Nie oponował. Skontrolował jedynie najpierw moją twarz, a potem sylwetkę i przejął kawałek, zabierając go w dłoniach. Ruch na ulicach stopniowo malał, a światła w oknach szybko gasły. Tokio powoi kładło się do snu.
– Nie chcesz bluzy?
Raptownie podniosłam brodę i kątem oka skontrolowałam jego wyraz twarzy – nadzwyczaj troskliwy. Badał mnie niepewnie, patrząc jakby spod byka i czekał na odpowiedź. Zdążyłam zamyślić się przez ten moment zbyt intensywnie, bo widok pochłonął mnie całkowicie, po czym odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Nie, dzięki. Jest przyjemnie.
Omackiem odnalazłam dłonią plecak i przysunęłam go do siebie, po czym dodałam, całkowicie, zupełnie, kompletnie niechętnie.
– W zasadzie to będę się zbierać, Taiga.
Wyprostował się i spojrzał na mnie ponownie. Widziałam niezrozumienie na jego twarzy, dlatego sprostowałam.
– Muszę wstać na samolot o siódmej.
– No tak – mruknął, choć miałam wrażenie, że odświeżyłam mu pamięć tą informacją, a nie że sam z siebie zdawał sobie z niej sprawę. Że to już dzisiaj. Westchnął kolejny raz.
– Pozdrów ode mnie Tatsuyę.
Spojrzałam na niego. Wpatrywał się w kafelki i uśmiechał niemo.
– Nie chcesz wrócić do domu? Nawet na chwile, tydzień, dwa? – miałam bowiem wrażenie, że jego refleksja, w którą wyraźnie momentalnie popadł, kierowana była nie tylko w stronę Himuro, ale wszystkiemu, co z nim związane.
– Wracam dopiero na święta. Możliwe, że rodzice wpadną tu do tego czasu.
– Rozumiem – odparłam cicho, podnosząc się z miejsca. – Przekażę mu, na pewno.
Z bólem odrywałam oczy od widoku, który jak nigdy, wydawał mi się tak wyjątkowo śliczny. Żałowałam, że nie znalazłam się tu wcześniej i nie mogłam w spokoju nim napawać. Z kolei chłód nocy po kolejnym, parnym dniu w Tokio był jak ukojenie. Towarzystwo chłopaka po wysłuchiwaniu lamentu Eriko na wieść o wyjeździe, również.
Nic, co powinno, nie motywowało mnie to opuszczenia Tokio i powrotu do domu, czego od kilku tygodni tak bardzo chciałam.
Zgarnęłam plecak i poleciałam do przedpokoju. Wsunęłam trampki na stopy i przyglądałam się, jak Kagami wolno doczołguje się tuż za mną, prawą dłonią gładząc się po pełnym brzuchu. W którymś momencie schylił się, żeby zrobić dokładnie to samo. Dopytałam jednak dla pewności:
– Co ty robisz?
– Jest już późno. Nie możesz wracać sama, Mia.
– Zwariowałeś? – parsknęłam, może nieco zbyt głośno, bo poderwał głowę i spojrzał na mnie niezrozumiale i z nutą typowej dla niego irytacji, ściągając brwi.
– To blisko – sprostowałam, kojąc ton. – Poradzę sobie.
– To bez znaczenia – odpowiedział mi.
– To nie Ameryka, Taiga – wyjaśniłam mu pouczająco i splatając ręce na klatce. – Tu jest bezpiecznie.
– Mieszkasz tu krócej niż ja, więc uznajmy, że wiem na ten temat więcej – dodał znowu, a mi zrobiło się gorąco. Odruchowo przejechałam paznokciami po skórze zbyt mocno. – Tak będzie bezpieczniej.
Chłopak chyba nie zamierzał zmienić zdania ani wziąć po uwagę mojego, bo schylał się, by rozwiązać sznurówkę, która zaplątana zbyt ścisło, nie pozwalała mu przecisnąć stopy. Bez wahania, odepchnęłam się od ściany i stanęłam w progu. 
– Sto lat, Taiga – powiedziałam cicho. – Wyśpij się lepiej – po czym pomknęłam w dół po klatce schodowej, nie wiedząc nawet z jakim wyrazem twarzy go zostawiłam, bo zależało mi na tym, by jak najszybciej znaleźć się na dole. Usłyszałam jak nawołuje mnie po imieniu, które odbijało się echem kiedy biegłam i odetchnęłam z ulgą, kiedy za trzecim, mijanym rogiem ulicy przekonałam się, że nie wybiegł za mną.


Wkraczamy w jesień, moi drodzy. Następny rozdział będzie chyba dużym przeskokiem w czasie, bodajże o miesiąc, jeśli nic się nie zmieni. No i przepraszam za tak krótką perspektywę Kagamiego – w sumie to chce ich totalnie nie dawać, ale scenę wejścia od samego początku widziałam tylko i wyłącznie z jego strony i chyba musiałam.